Przyszła pora by wspomnieć o rodowitych mieszkańcach kontynentu, czyli Aborygenach. Nie będę skupiał się na historii i ich wierzeniach, aż tak mocno jak na aspekcie ich asymilacji do panujących aktualnie norm społecznych. Ci ludzie są specyficzni pod każdym względem, wręcz nigdzie na świecie nie spotkamy tak niezwykłej kultury, którą idealnie opisuje słowo – chaos.

 

Aborygeni dzisiaj

Cóż, po licznych represjach ze strony białych najeźdźców, którzy zafundowali Aborygenom to samo co Indianom w Ameryce, przyszedł czas zapłaty. Polityka przymusowej asymilacji, czy też tak zwane skradzione pokolenie znacznie zmniejszyły populacje tych ludzi z około 700 tysięcy do 67.

Dzisiaj Aborygenom żyje się o wiele lepiej. Dlaczego? Ponieważ rząd Australijski spuścił głowę w dół i przyznał się jakiś czas temu do okrucieństwa jakie zafundował lokalnym mieszkańcom. W 2008 roku ówczesny premier Australii publicznie przeprosił za cierpienia jakich doznali od białych ludzi i obiecał rekompensatę. To poskutkowało przyznaniem im specjalnych przywilejów oraz dotacji, dzięki którym nie muszą oni praktycznie pracować.

Red hand cave – jaskinia z bardzo starymi rysunkami Aborygenów

Odmienne procesy myślowe, a co za tym idzie postrzeganie rzeczywistości nieco inaczej niż reszta ludzi na świecie powoduje, że Aborygeni mają inne podejście do życia. Zacznijmy może od tego, że ci ludzie na serio różnią się od nas w sferze myślenia. Zdecydowanie głównym powodem dlaczego są tacy a nie inni jest izolacja od innych kultur oraz ludzi. To wykształciło w nich zachowania nie spotykane lub wręcz absurdalne (ale nadal możliwe) w naszym społeczeństwie. Jednym z nich jest brak chęci dominacji – Aborygeni nie potrzebują konkurować z innymi. W konsekwencji prowadzi to do trochę zbyt luźnego podejścia do pracy czy nauki – straszni z nich lenie.

Z tym ostatnim też związana jest jedna z ich cech charakteru. W kulturze Europejskiej od setek jak nie tysięcy lat ludzkość dążyła do czegoś przekazując sobie wiedzę nawzajem w relacjach nauczyciel – uczeń. Aborygeni natomiast, mimo iż posiadają nauczycieli w swoich grupkach i darzą ich szacunkiem – uczą się metodą prób i błędów. To może dać nam odpowiedź, dlaczego są jedną z kultur która przez tyle czasu nie potrafiła stworzyć niczego bardziej zaawansowanego – non stop próbowali wynajdywać koło na nowo.

Te z pozoru drobne różnice powodują, że Aborygeni mają ciężkie zadanie z zaakceptowaniem trybu życia białych mieszkańców. Pogoń za pieniędzmi, ciągła rywalizacja i załatwianie wszystkiego w biegu, praktycznie brak kultywowania tradycji, zupełnie inne podejście do rozwiązywania problemów to schematy obce kulturze, która zna nas tak na prawdę przez ułamek czasu swojego istnienia. Wielu Aborygenów nadal żyje w rezerwatach zachowując w dużej mierze politykę swoich przodków. Szamańskie obrzędy pełne dziwnych instrumentów i opowieści snują się po czerwonych piaskach Australii nie docierając do miast. To właśnie w nich Aborygeni totalnie się zagubili.

Miastowi miejscowi to wykolejeńcy – zaznaczę tu że nie wszyscy ale raczej większość. Bezdomni na dworcu których czasem mijam to w dużej części Aborygeni, sporo ćpunów i alkoholików to również ta grupa społeczna. I to nie tylko moja obserwacja ale smutna statystyka. Zdarzały się przypadki gdzie Aborygeni otrzymywali spore kwoty w ramach rekompensaty za, na przykład represje w przeszłości, nie brak sytuacji gdzie rząd przyznawał niektórym socjalne mieszkania lub sami Aborygeni kupowali samochody żeby gdzieś tam pojechać. Niestety wszystko to jak krew w piach, ponieważ tylko niewielki procent z nich spożytkował pieniądze we właściwy sposób (to kwestia sporna co dla nas jest właściwe, a co dla nich). Majątki przepijano, mieszkania zamieniano na meliny, a w skrajnych przypadkach rozpalano w nich ogniska.

Z samochodami słyszałem nieco inne historie, nie jestem w stanie zweryfikować czy to miejska legenda czy faktycznie takie sytuacje miały miejsce. Wielu Aborygenów którzy zdecydowali się na zakup samochodu porzucało go na środku pustyni po tym jak skończyło im się paliwo lub jeśli już taki nauczył się, że samochód też musi jeść to jeździł nim bez oleju aż silnik się nie zatarł. Cóż, mit czy nie w jednym z programów w telewizji emitowano program o grupie mechaników szukających porzuconych samochodów. Ich celem było wyjechanie w głęboki busz lub na pustynie odnalezienie porzuconego wraku i próba naprawienia go za pomocą prostych narzędzi. Pomijając sam program, fakt że takie wraki są na ternach niezurbanizowanych o czymś świadczy.

Jakbym miał podsumować ciemną stronę Aborygenów, to porównałbym ich do Polskich cyganów. Mają podobną mentalność i są też trochę tak traktowani, ale nadal pobłażliwie. Przecież wszyscy biali ludzie są gośćmi na ich terenach na które się wprosili bez pozwolenia. Głupio by było jeszcze upominać i karać gospodarza we własnym do… oh wait. 😉

Nie tylko patologia szerzy się wśród tej grupy etnicznej. W Sydney znajdziemy masę pozytywnie zakręconych Aborygenów, którym udało się jakimś cudem zbratać z białymi ludźmi. Pod operą, a dokładniej koło stacji kolejowej można spotkać ekipę grającą na didgeridoo – chyba każdy wie co to, jak nie to dalej o tym wspomnę. W dużych i małych miastach są ośrodki kultury skupionej tylko na Aborygenach i przez nich prowadzone. Można tam podziwiać nie tylko wspaniałe wyroby artystyczne wyglądające jak wyciągnięte wprost ze snu, ale również posłuchać gry na tradycyjnych instrumentach, zobaczyć tradycyjny tanieć, posłuchać niesamowitych opowieści związanych nie tylko z ich wierzeniami ale i historią oraz wkręcić się w temat ucząc się na przykład języka plemiennego.

W kulturze Australijskiej… albo bardziej w popkulturze działa sporo ludzi pochodzenia lokalnego. Najbardziej znany jest chyba Little Jimmy, kompozytor, aktor, gitarzysta który działa na scenie muzycznej od końca lat 50 aż do 2012 roku. Oprócz muzyka jest jeszcze wielu pisarzy, malarzy i aktywistów społecznych działających w obronie praw Aborygenów. A jeśli już mowa o nich.

Skupmy się na jednym mieście, a dokładniej na Canberze czyli stolicy Australii. Samo miasto powstało w miejscu, które zamieszkiwało kilka innych plemion o nazwach, które łamią język – ale nie to jest tu istotne. Nazwa miasta w wolnym tłumaczeniu oznacza „miejsce spotkań”. Historia jest o tyle ciekawa, że to właśnie na terenie dzisiejszej stolicy, co roku na wiosnę plemiona spotykały się by świętować przelot ciem Bogong. Jak się domyślacie, po powstaniu sporej aglomeracji miejskiej ćmy przestały tamtędy latać no i pojawił się problem logistyczny jak tu organizować kolejne spotkania.

Przykładowe centrum kultury Aborygeńskiej

Ale to nic, bo Aborygeni nie są konfliktowi i odpuścili sobie do roku 1972. Wtedy powstała „ambasada Aborygenów w namiocie”. Czterech lokalnych mieszkańców postanowiło zaprotestować przeciwko okradaniu ich terenów, wycince lasów, nie szanowania świętych miejsc… generalnie przeciwko traktowaniu lokalnych mieszkańców jak intruzów i izolowanie ich od polityki. To właśnie punkt o świętych miejscach uderzał w Canberrę i to w jaki sposób biali ludzie je zbezcześcili. W 1972 roku tych czterech mężczyzn zaczęło od postawienia parasola plażowego przed ówczesnym parlamentem. Po niedługim czasie dołączyli do nich kolejni ludzie i tak się to wszystko zaczęło.

Ambasada przez lata przechodziła różne modyfikacje od parasola po budkę zbitą z desek, była wiele razy niszczona i przesuwano ją. Dzisiaj obok niej stoi plac i pomnik upamiętniający upór i lata negocjacji o lepszy byt dla Aborygenów, a sama ambasada została wpisana na listę miejsc historycznie ważnych. Walka Aborygenów o swoje prawa miała sens, ponieważ bez tego nikt nie traktowałby ich poważnie do dzisiaj.

Mimo krzywd jakie im wyrządzono oraz mentalności jaka jest trochę irytująca albo trudna do zaakceptowania, są to ludzie w pewnym sensie poważani i uznawani za interesujących. Jednym z ich atutów jest poczucie humoru, głównie objawiające się w makabrycznych żarach. Z moich obserwacji wynika, że są oni wiecznie uśmiechnięci i zadowoleni z życia jakie mają, czasem mam wrażenie że są po spaleniu sporej działki trawy.

Wspomniałem wcześniej, że część z nich kultywuje nadal tradycje przodków. To prawda, bo nie tylko dzieje się to w ośrodkach kultury ale również z dala od ludzkich siedlisk. Nie robią tego dla turystów czy widzów zaciekawionych zjawiskami od strony antropologii, ale dla siebie aby zachować tradycję. W 1984 roku odnaleziono rodzinę związaną z jednym z plemion.

W tym też roku Aborygeni otrzymali prawa wyborcze i praktycznie mogli uczestniczyć w życiu codziennym. Lecz po drugiej stronie barykady była ta grupka Pintupi, która prowadziła koczowniczy tryb życia – nie znała i nie akceptowała ubrań a na opowieści o „rurze z której płynie woda i jedzenie” otwierali usta ze zdziwienia. Oczywiście próbowano ich zasymilować do życia w mieście i udało się to. Niemal wszyscy zostali artystami, oprócz jednego z mężczyzn który udał się na pustynię i słuch o nim zaginął. Co ciekawe, do dzisiaj reszta członków grupy wierzy, że ich brat (grupa była liczną rodziną) nadal żyje i posiada różne nadprzyrodzone zdolności.

Jedno z miejsc związanych z kulturą Aborygeńską

Z moich obserwacji wynika, że na wsiach czy mniejszych miastach ta kultura jest bardziej żywa i obecna niż na przykład w Sydney. Przykładem niech będzie małe miasteczko gdzieś po drodze do Broken Hill w którym mieszkają Aborygeni. Uprawiają tam swoją kulturę co widać po chociażby zdobieniach na elewacjach budynków. Z drugiej strony pierwszy lokalny mieszkaniec jakiego spotkałem spytał się mnie czy mam papierosa „bo zaraz go rozniesie jak nie zapali”. Także tego… 😉
Zdaje się, że trochę za bardzo oczerniam tych ludzi w tym tekście – lista ich wad jakby jest większa od zalet, ale niestety takie są realia. Mimo grupki która próbuje żyć normalnie i uczciwie, wielu z nich zbacza na ścieżki kryminalne.

Będąc poza miastem należy uważać kogo bierze się do samochodu i komu na pustyni pomagamy. Zdarzały się przypadki, kiedy ktoś zatrzymał samochód by pomóc ofierze pękniętej gumy w kole, po czym nim się zorientował lądował w najlepszym wypadku nieprzytomny obok swojej fury z opróżnionym portfelem. Najbardziej okrutne historie to porwania i morderstwa. Zdarza się, że ludzie giną bez śladu gdzieś na pustyni. Teren jest ogromny i poszukiwania kogoś, kto wjechał w strefę bez zasięgu sieci komórkowej jest jak szukanie igły w stogu siana. Aborygeni to wykorzystują i ci co bardziej brutalni potrafią podstępem napaść na kierowcę, porwać go i wywieźć na pustynię. Kolejnym punktem jest zakopanie jego zwłok pod czerwoną ziemią.

Kiedyś czytałem historię typa, który został porwany w ten sposób przez Aborygenów i wywieziony na środek pustyni, nie udało im się go zabić (coś poszło nie tak) i koleś przeżył, ale nie wiedział gdzie jest. Miesiąc czasu siedział pod jedyną skałą w okolicy jadł jaszczurki, korzonki i owady oraz pił swój mocz. Dopiero po takim czasie odważył się ruszyć dalej i ostatkiem sił doszedł do jakiejś farmy gdzie znaleźli go pracownicy. Historia była może momentami nieco naciągana, ale jest całkiem prawdopodobna.

Pewnie wielu z Was zastanawia się czy związki między białymi a Aborygenami mają miejsce? Oczywiście, że tak. Nie jest to częste, ale ma to miejsce. Barierą na pewno jest specyficzna uroda tych ludzi… nie są w moim typie – że tak się neutralnie wyrażę – i raczej większość ludzi uważa tak samo. Mimo wszystko takie połączenia się zdarzają już od bardzo dawna. I teraz rodzi się pewien konflikt. No bo jak wychowywać dziecko w takiej rodzinie. Z jednej strony mamy na przykład tradycyjne wartości wyniesione z domu typowo Brytyjskiego z drugiej zaś Aborygeńską kulturę podchodzącą do sprawy rodziny zupełnie inaczej.

Wszyscy są moimi krewnymi – tak mógłby powiedzieć któryś z Aborygenów. Uważają oni, że każdy człowiek jest ze sobą w jakiś sposób połączony. Tworzymy jedną wielką materię, ale zachowujemy przy tym autonomię. Jest to nawiązanie do „Czasu snów” czyli okresu używanego w religii Aborygenów – o czym dalej. Wróćmy jednak do spraw przyziemnych. Krewnym będzie każdy spotkany człowiek z którym wejdę w jakąkolwiek interakcje. Kupiłem chleb u Hindusa w 7-11 w dzielnicy w której jestem pierwszy i ostatni raz? Już może być moim wujkiem. A może dostałem mandat od policjanta bo za szybko jechałem? Dzięki dziadku…

To można by podpiąć jeszcze pod coś co obserwuje się czasem na Polskich wsiach. Czyli mówienie do sąsiadów „wujku” i traktowanie przyjaciół rodziny jako jej członków. Aborygeni poszli o krok dalej. Wierzą oni, że wszystko co jest na ziemi – patyk, kamień, kangur – ma duszę i zasługuje na takie samo traktowanie jak cała reszta. Tym samym uważają oni że mogą być spokrewnieni na przykład z daną rzeczą, miejscem lub zwierzakiem. To trochę dziwnie brzmi, ale w gruncie rzeczy sami tak robimy tylko nie zdajemy sobie z tego sprawy. Ile razy zdarzyło się komuś z nas przywiązać do ulubionej rzeczy, której nie chcieliśmy zgubić albo musiała być zawsze z nami. Ulubiona koszula, zabawka, piesek czy kotek – inaczej patrzymy na te rzeczy jeśli są nasze, a inaczej jeśli są obce. Tak właśnie postrzegają pokrewieństwo Aborygeni.

Widok na Wollongong

Odbiegając od tematu pokrewieństwa i rodziny. Kolonizatorzy w jakiś sposób poszanowali kulturę Aborygenów i to co zdziwiło mnie po przylocie do Sydney to dziwne nazwy niektórych miejsc. Wollongong – miasto obok Sydney – jego nazwa w języku Aborygeńskim brzmi Wol-lon-yuh  i oznacza „odłos morza”. A co powiecie na Woolloomooloo? Trudno określić dokładne pochodzenie nazwy tej dzielnicy Sydney, ale albo oznacza Wallamullah – „miejsce obfitości” albo Wallabahmullah „młodego czarnego kangura”. Inna nazwa to Tamarama co wzięło się od Gamma Gamma – czyli „burzy”. Takich nazw jest sporo i można sobie na początku połamać na nich język. Aborygeni do dzisiaj posługują się swoim językiem, jedno z plemion nawet wykombinowało swój własny język migowy mający zastosowanie w polowaniach. Oczywiście każdy z nich mówi też po Angielsku.

Przeciętny dzień Aborygena nie różni się od przeciętnego dnia białego Australijczyka. Czy to mieszkaniec wsi czy dużego miasta – obowiązki są adekwatne do trybu życia jaki w danym miejscu się prowadzi. Oczywiście wspominam tutaj tych pracujących zasymilowanych Aborygenów. Wieczorami zdarza się im wpaść do pubu i mimo iż ich nastawienie jest bardzo kulturalne i przyjazne potrafią rozpętać piekło kiedy ktoś na serio ich zdenerwuje. Znając mentalność i podejście Aussie do innych kultur nie trudno o taką awanturę. Statystyki mówią same za siebie, niemal 27% skazanych siedzących aktualnie za kratkami to Aborygeni.

 

Religia Aborygenów

Dotarliśmy do miejsca gdzie zaciera się rzeczywistość a w jej miejsce wpada przedziwny sen. Religia dla Aborygenów to część kultury, nie zmieniła się ona od niemal samego początku. To co ją charakteryzuje to zupełnie inne podejście do tej kwestii. Po pierwsze, nie ma tu systemu kar i nagród za złe i dobre uczynki. Po drugie, Bogowie w których wierzą często się kłócili, co prowadziło do zmian w „prawie”. Dlaczego w cudzysłowie? No nie ma w ich systemie politycznym takiego czegoś jak prawo. Są zasady którymi Aborygen powinien się kierować, ściśle powiązane z religią.

Ok, jeśli nie ma systemu nagradzania za dobre i złe uczynki to jak to jest, że się jeszcze nie pozabijali, a wręcz żyją w harmonii od setek tysięcy lat? Są cztery punkty, które pozwalają funkcjonować w świecie zachowując przy tym równowagę. I pojęcie równowagi nijak się ma do naszego pojęcia „dobra i zła”, ponieważ jest czymś pomiędzy. Te cztery punkty to: autonomia – każdy ma prawo do zachowywania się jak mu się podoba, równowaga – do momentu aż nie zacznie zagrażać innym, symetria – nie można jednak dopuścić, aby ktokolwiek miał przewagę nad innymi samemu zachowując odpowiedni dystans, aby nie przeważać nad ofiarą, działanie – czyli obserwacja świata i reakcja w momencie kiedy ktoś łamie zasadę symetrii.

Wróćmy jednak do religii. W końcu Aborygeni to kultura która opiera się głównie na religii i sztuce – na dzień dzisiejszy 90% Aborygenów uważa, że ich sztuka jest istotna dla Australii. Nie wytworzyli oni żadnych wzniosłych budowli, nie kolonizowali innych kontynentów czy nawet wysp. Za to do perfekcji opanowali rytuały oraz wierzenia rozbudowane do niesamowitych i dziwnych historii. Podstawą wierzeń jest tak zwany „Czas snu”. To jest moment w którym zostały uformowane wszystkie zwierzęta, ludzie, krzaczki, ziemia, gwiazdy, słońce, i tak dalej i tak dalej. Ale to pojęcie nie jest tak płytkie i proste. Pod nazwą „Czas snu” kryje się cały przekrój mitów, bohaterów którzy żyli jeszcze przed stworzeniem ziemi. Aby tego było mało, „Czas snu” istnieje nadal i można się do niego dostać poprzez specjalne rytuały.

Religia Aborygenów jest niesamowicie rozbudowana, bogowie i herosi śmiało mogliby zająć cały falowiec w Gdańsku i pewnie zabrakłoby dla nich miejsca. Postaci które występują w tych opowieściach jest dziesiątki. To ma wszystko jakiś cel i tak jak wspomniałem wcześniej bogowie na przestrzeni wieków kłócili się i zmieniali zasady oraz obyczaje tak aby dopasować je najlepiej jak się da do realiów aktualnie panujących… a że wiele się w kulturze nie zmieniało, to też wiele znacznych zmian w religii nie zaszło.

Widok na Woolloomooloo

Jak każda szanująca się religia tak i tu odbywają się pewne rytuały. Dzisiaj można je zobaczyć na licznych festiwalach czy w wyżej wymienionych domach kultury oraz jeśli zapuścimy się do siedzisk Aborygeńskich plemion (raczej odradzam). Tańcem oraz muzyką opowiada się pradawne historie. Jak łatwo się domyślić, po kilku tysiącach lat odtwarzania tych samych rytuałów można dojść do perfekcji. Dzięki czemu przeżycie takiego czegoś to magia zahaczająca o trans czy jakiś rodzaj hipnozy.

W tym wszystkim ważny udział bierze instrument muzyczny didgeridoo – najstarszy instrument świata. Jego budowa jest bardzo prosta, bo jest to wydrążony patyk. Kawałek eukaliptusa zjedzony od środka przez termity potrafi wydawać niesamowicie niepokojące i dziwne dźwięki. W przeciwieństwie do większości szamanów Indiańskich, Aborygeńscy nie potrzebują wprowadzać się w trans za pomocą wspomagaczy. Głownie wystarczy im właśnie samo odtworzenie rytuału i poddanie się mu. Niektóre z obrzędów dostępne są tylko i wyłącznie dla tych bardziej wtajemniczonych co pozwala im na nawiązanie połączenia z przodkami zamieszkującymi strefę „Czasu snu”.

Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że mimo postępu jaki świat zrobił przez tyle setek lat na świecie zachowała się kultura odprawiająca obrzędy których początki sięgają daleko w głąb historii.

 

Zakończenie

Może niektórym z was wydawać się, że Aborygeni pod wpływem białego człowieka zmienili się na gorszych ludzi, wpadli w sidła nowoczesności która spadła na nich niespodziewanie. I to jest prawda. Ale nie należy wszystkich wrzucać do jednego worka, bardzo dużo z nich jest świetnymi ludźmi, pełnymi optymizmu i pozytywnej energii. Ich kultura jest jedyną taką na całym świecie i należy robić wszystko aby ją zachować. Zatracenie tak wspaniałych historii, surrealistycznych wierzeń i samego sposobu postrzegania świata byłoby bolesnym ciosem dla ludzkości. Zachęcam też do zapoznania się z publikacjami naukowymi opisującymi religię tych ludzi, bo jest to totalny odlot.

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *