Do wszystkich polityków: zróbcie jak Harold Holt i idzcie popływać

 

Ostatni wpis z tej serii, ponieważ mam zamiar ją nieco zmodyfikować. W przyszłości, skupię się na jednej postaci i będę starał się opisać jej poczynania bardziej szczegółowo. Dzisiaj poruszę tematykę tajemniczych zaginięć i spraw nie rozwiązanych. Będzie trochę dziwnie, ale jest o czym pisać.

 

Mit pod wiszącą skałą

Zacznę jednak od pewnego mitu, który utarł się w środowisku kinomaniaków jakoby książka jak i film „Piknik pod wiszącą skałą” był oparty na faktach. Dla przypomnienia, fabuła ma miejsce na początku XX wieku i kręci się wokół grupy dziewczyn z żeńskiej szkoły średniej, które wybierają się na piknik do parku narodowego. Tam okazuje się, że jedna z dziewczynek zgubiła się prawdopodobnie wchodząc między skały. Warto zapoznać się z tym dziełem literackim, bo wciąga jak bagno. Tak czy inaczej, przez lata wielu ludzi uważało, że historia opisana w powieści wydarzyła się na prawdę, co podkręcała sama autorka. Przez długi czas nie komentowała tego w jaki sposób jej dzieło jest postrzegane przez opinię publiczną. Dopiero po naciskach dziennikarzy, w jednym wywiadów stwierdziła tylko: Zmyślenie i prawda zawsze się ze sobą ściśle splatają.

Warto zaznaczyć, że mimo iż historia jest zmyślona, to miejsca akcji istnieją na prawdę. Wisząca skała znajduje się niedaleko Melbourne i nie doszło tam do jakiś niewyjaśnionych akcji. Podobnie jest z niektórymi postaciami. Nazwiska z książki zgadzają się z niektórymi nazwiskami osób, które mieszkały w okolicy i praktykowały ten sam lub bardzo podobny zawód w czasach powstawanai tekstu.

Tak czy inaczej, czas odłożyć fikcję literacką na półkę i zobaczyć co takiego przydarzyło się rodzeństwu Beaumont.

 

Zniknięcie dzieci Beumont

Był upalny dzień 26 stycznia 1966 roku. Najważniejsze święto Australii, Dzień Australii obchodzono jak zwykle bardzo hucznie. Trójka dzieciaków Jane, Arnna i Grant – mieszkający nieopodal plaży Glenelg Beach postanowiło udać się na rzeczone miejsce i popatrzeć jak surferzy radzą sobie z falami. Tu muszę zaznaczyć, że w latach 60 surfing był sportem numerem jeden, a dowodem na to niech będzie gatunek muzyczny „surf rock”, który wybrzmiewał z głośników na plażach całej Australii.

Jane jako najstarsza z rodzeństwa miała opiekować się Arnną i Grantem co wbrew pozorom nie jest dziwne. Społeczeństwo w tamtych czasach nie starało się monitorować dzieci na każdym kroku, tak więc normalnym były takie wyprawy oraz autobusy pełne grupek dzieci w wieku szkolnym. O godzinie 8:45 cała trójka wsiadła do autobusu. W domu spodziewano się ich powrotu około godziny 12:00 lub najpóźniej 14:00.

Nancy – matka dzieci – słusznie się martwiła kiedy dzieci nie wracały o czasie, tym bardziej że starały się być zawsze punktualne. Po powrocie z pracy Jim Beumont – ojciec, emerytowany żołnierz – od razu pojechał na plażę. Niestety ale nie znalazł wtedy swoich dzieci. Zdesperowany przeszukiwał okoliczne ulice i możliwe piesze trasy czy też potencjalne kryjówki gdzie mogły przebywać. Niestety bezskutecznie. O godzinie 17:00 na posterunku policji w Glenelg zadzwonił telefon.

Policja szybko zorganizowała poszukiwania. Przeszukano plaże i obszary graniczące z nią. Początkowo zakładano, że dzieci są gdzieś w pobliżu, ale straciły poczucie czasu lub zbyt dobrze się bawiły by wracać do domu. Kiedy te założenia nie sprawdziły się, rozszerzono teren poszukiwań o pobliskie wzgórza, ocean, budynki teren lotniska i linii kolejowych oraz okolice dróg szybkiego ruchu. W niecałe 24 godziny po zgłoszeniu wieść o zaginięciu rozniosła się po całej Australii. 29 stycznia Sunday Mail – jedna z wiodących gazet Australijskich – świeciła nagłówkiem „Sex crime now feared”. W artykule redaktor wnioskował, że dzieci zostały porwane i zamordowane przez przestępce seksualnego. Wyznaczono też nagrodę 250 funtów za wskazanie winnego.

Po przeszukaniu terenu, policja wyciągnęła dość jasny wniosek który rzucał nieco światło dzienne na całą sprawę. Dzieci miały przy sobie rzeczy prywatne takie jak: ręczniki, torby, jakiś prowiant, etc. Żadnej z nich nigdy nie odnaleziono, co wskazuje na udział osób trzecich lub mniej prawdopodobne – ucieczka rodzeństwa siną w dal. Co ciekawe, pewna kobieta zeznała, że rozmawiała z dziećmi pasującymi do opisu o godzinie 19:00 w okolicy przystani Patawalonga w dniu ich zaginięcia. Po tej informacji przeczesano cały teren, ale nie znaleziono niczego sensownego.

W dalszym toku śledztwa, policji udało się znaleźć kolejnych świadków, którzy pamiętają felerny dzień i kilka istotnych dla sprawy detali. Kilku z nich widziało dzieci w Colley Reserve niedaleko plaży w towarzystwie wysokiego blondyna. Człowiek o szczupłej, atletycznej sylwetce z widoczną opalenizną w wieku około 30-35 lat bawił się z trójką dzieci. Te nie wyglądały na zestresowane czy też przestraszone – wręcz przeciwnie. Kiedy koleś poszedł się przebrać, czekały na niego. Kiedy wrócił, cała czwórka opuściła plażę – było to około godziny 12:15.

Według opisu rodziców, ich dzieci nie należały do otwartych na nowe znajomości, a w szczególności skryta i cicha Jane. Śledczy uznali, że relacja z mężczyzną nie rozpoczęła się tego dnia, a trwała już od jakiegoś czasu. Blondyn powoli budował zaufanie dzieciaków do siebie, zaprzyjaźniając się z całą trójką w sobie znanym tylko celu. Fakt ten wzmacnia wzmianka o „chłopaku na plaży”, którego miała Jane a o którym matka dowiedziała się od Arnny. Nie zwróciła wtedy na to uwagi, myśląc że dzieciaki poznały tylko kogoś do zabawy.

Kolejna poszlaka przyszła z piekarni niedaleko plaży. Według świadka, w dzień zaginięcia Jane kupiła pierożka oraz ciastko z mięsem płacąc za całość banknotem o nominale 1 funta. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to że sprzedawca znał dzieci z poprzednich wizyt i nigdy nie kupowały ciastek z mięsem. Matka tego dnia dała im 6 szylingów, które starczały na powrót do domu i jedzenie a nie 1 funt. To oznacza, że Jane otrzymała banknot od osoby trzeciej.

Przez kolejne dni na komisariat policji napływały kolejne doniesienia od świadków, że widziano dzieci w towarzystwie mężczyzny. Znaczna część okazywała się nie trafiona, ale parę jest interesujących. Listonosz widział dzieci około 15:00 idące samotnie wzdłuż Jetta Road z dala od plaży, ale w kierunku domu. Zaznaczył, że „trzymają się za ręce i śmieją”. Uznano ten fakt za wiarygodny, ponieważ dobrze je znał. To wprowadziło w zakłopotanie policjantów nie mogących ustalić dlaczego spóźniające się dzieci spacerują same i najwyraźniej nie przejmują się tym. Listonosz dwa dni później zadzwonił na komisariat i powiedział że widział je rano a nie po południu jak wcześniej powiedział.

Kolejny świadek wydaje się mieć ciekawsze rzeczy do opowiedzenia. Kilka miesięcy po porwaniu, na komisariat policji zadzwoniła kobieta. Powiedziała, że w noc zniknięcia widziała mężczyznę w towarzystwie dwóch dziewczynek i chłopca, który wszedł do sąsiedniego opuszczonego budynku. Później widziała tego chłopca idącego samotnie wzdłuż ulicy, po chwili mężczyzna złapał go i zaprowadził z powrotem do domu. Następnego ranka cała czwórka przypuszczalnie opuściła dom, bo kobieta nie widziała ich już nigdy więcej. Funkcjonariusze znów rwali sobie włosy z głowy zastanawiając się co kieruje ludźmi, że zgłaszają tak istotne fakty dopiero po kilku miesiącach, ale kiedy sąsiad kosi trawnik za głośno to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby blokować linię alarmową co pięć minut.

Sprawa osiągnęła rozgłos międzynarodowy. Wielu ludzi z całego świata śledziło ją na bieżąco, nie zabrakło też osób chcących podreperować swój budżet sprzedając poszkodowanym zwykłe bujdy. Idealnie w ten opis wpasowuje się niejaki Gerard Croiset. Koleś określający siebie jako parapsycholog i medium pochodzący z Holandii. Kiedy przyjechał do Australii wywołał niezwykłe poruszenie. Wielu myślało, że zdziała cuda i rozwiąże sprawę – nic bardziej mylnego. Jego poszukiwania okazały się farsą, historia jaką kreował zmieniała się z dnia na dzień nie dając zupełnie żadnych wskazówek. Kiedy czuł, że coś się musi wydarzyć wskazał miejsce w magazynie w pobliżu domu dziecka i szkoły podstawowej Paringa Park do której uczęszczały Jane i Arnna – wierzył, że ciała dzieci zostały tam pochowane.

Nie mam pojęcia jakim trzeba być człowiekiem, żeby mówić takie rzeczy w momencie kiedy dzieci jeszcze teoretycznie mogły żyć. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie co czuli rodzice rodzeństwa słysząc te brednie, ale jednocześnie mając jakiś drobny promil nadziei że pociechy się znajdą dzięki pomocy Gerarda. W momencie zaginięcia, miejsce które koleś wskazał było placem budowy, wierzył że ciała zostały zakopane pod nowym betonem w ruinach starej cegielni. Właściciele nie byli skorzy do pomocy i całkowicie ich rozumiem. Kiedy jedynym dowodem w sprawie okazuje się przeczucie gościa uważającego siebie za medium nie dziwie się ich postawie i odmówienia poprowadzenia wykopalisk. Presja społeczna jaką wywarto na właścicielach nieruchomości zmusiła ich do ustąpienia i zezwolenia na prace śledczych. Jak można się było spodziewać, nic nie znaleziono. W 1996 roku budynek został częściowo rozebrany, właściciele zezwolili na pełne przeszukanie terenu co znowu poskutkowało brakiem znalezienia jakichkolwiek śladów dzieci.

Dwa lata po zniknięciu, rodzice Beumont otrzymali pocztą dwa listy. Pierwszy z nich napisany przez Jane, a drugi przez mężczyznę, który twierdził że trzyma dzieci. Obie wiadomości wysłano z Dandenong w stanie Victoria na co wskazywały stemple pocztowe. Krótkie listy – w zasadzie to bardziej notatki – zapewniały rodziców, że żyje im się całkiem dobrze, a mężczyzna który je porwał dba o nie i nie krzywdzi. Na ten moment policja uważała, że list faktycznie napisała Jane porównując go do notatek napisanych przez nią jeszcze przed całym wydarzeniem. W drugiej wiadomości, mężczyzna zadeklarował, że odda dzieci rodzicom w zaproponowanym przez niego miejscu i czasie.

Jim i Nancy oraz detektyw pojechali na miejsce, ale nikt się nie pojawił. Kilka dni później przyszedł kolejny list napisany przez Jane. Pisała ona, że mężczyzna chciał oddać dzieci, ale kiedy zauważył detektywa wycofał się. Uznał, że Beaumontowie zdradzili jego zaufanie, więc w konsekwencji zatrzyma dzieci na zawsze. Nigdy później nie przyszła żadna inna wiadomość. W 1992 roku nowe badania kryminalistyczne rzuciły nieco światła dziennego na listy, wykazując że są mistyfikacją. Znalezione odciski palców wskazały na mężczyznę w wieku 41 lat. W momencie pisania był nastolatkiem i robił to dla żartów. Jak widać, w latach 60 też nie brakowało ludzi o jakiś krzywych pomysłach z umysłem zamkniętym w mentalnej piwnicy. Nie chcę nawet wiedzieć, co czuli rodzice kiedy czytali listy oraz kiedy rozczarowali się po przybyciu na miejsce i nie zastaniu nikogo.

Do 2016 roku policja otrzymała prawie 160 telefonów od osób, które „coś wiedzą” na temat domniemanego sprawcy. Do dzisiaj pozostaje tajemnicą, kto i w jakim celu porwał dzieci, a także gdzie się teraz znajdują.

W 2018 roku wznowiono prace wykopaliskowe na terenie fabryki North Plympton, która wcześniej należała do potencjalnego podejrzanego. Nie znaleziono nic niezwykłego oprócz kości zwierząt zupełnie nie związanych ze sprawą.

W styczniu 2018 roku Jim i Nancy w podeszłym wieku – 92 i 90 lat powiedzieli w wywiadzie, że pogodzili się że już nigdy nie poznają odpowiedzi co stało się z ich dziećmi, ale nadal wierzą że gdzieś tam sobie żyją. Od rozpoczęcia sprawy stali się osobami medialnymi wbrew własnej woli. Opinia publiczna przychylnie patrzyła na ich kolejne kroki i chęć oraz determinacje w rozwiązaniu zagadki. Beumontowie starali się realizować każdy pomysł śledczych czy niezależnych detektywów w pełni z nimi współpracując. Jedyny zgrzyt miał miejsce pod koniec lat 90 kiedy to jedna z gazet opublikowała zdjęcia dzieci, mające przedstawiać ich aktualny wygląd. To oburzyło parę, ponieważ zrobiono to bez ich zgody i wywołało mały skandal krytykujący gazetę. Wkrótce po tych wydarzeniach małżeństwo rozwiodło się i od tamtej pory mieszkają osobno.

Nie zabrakło też przeróżnych teorii i licznych podejrzanych. Sugerowano, że rodzeństwo zostało porwane przez kult religijny i wywiezione w głąb Australii, na Tasmanię lub do Nowej Zelandii. Podejrzanymi byli przede wszystkim recydywiści skazywani za przestępstwa seksualne lub morderstwa, a w szczególności te z udziałem dzieci. Jak jednak wiadomo jest to ślepy trop i nie prowadził do niczego innego jak do „gdybania” i przypuszczania, bo żaden z nich nie przyznał się do winy.

Moim zdaniem, jeśli porwane rodzeństwo żyje do tej pory, to na pewno są świadomi całej sytuacji i wiedzą o zajściu z ich udziałem. Powodem dla których nie chcą się ujawnić jest strach przed burzą jaka rozpętałaby się w mediach i zburzyła ich dotychczasowe życie lub fakt, że faktycznie nie żyją. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że sprawa kiedyś się wyjaśni albo nowe dowody rzucą nieco więcej światła na całość. To co cieszy najbardziej, to zaangażowanie śledczych i ich determinacja w dążeniu do prawdy.

 

Harold Holt

Historia, która może zainteresować kogoś kto regularnie pływa, nurkuje i poluje na rybki z harpunem 😉 Harold Holt w latach 60 pełnił zaszczytną funkcję premiera Australii. Cóż więcej można o nim napisać, jak tylko to, że jego życie kręciło się wokół dwóch rzeczy: polityki oraz pływania. Nie chcę tu przytaczać jego osoby i kariery która jest barwna. Wspomnę jednak o pewnym fakcie, który będzie istotny później. Holt jako premier lobbował za wycofaniem wojsk Australijskich z Wietnamu. Nie podobało się to Stanom Zjednoczonym, co jest zrozumiałe.

Zaginięcie Holta jest nietypowe. Mamy oto gościa, który jest wzorem do naśladowania jeśli mowa o kondycji fizycznej. Jest też świetnym pływakiem i nurkiem – pasjonata z latami doświadczenia. A tak się składa, że to właśnie królestwo Posejdona będzie gwoździem do jego pustej trumny.

Jest niedziela 17 grudnia 1967 roku. Harold wstał wcześnie rano, zjadł śniadanie i zadzwonił do swojej żony. Podjechał do lokalnego sklepiku, gdzie kupił środki przeciw owadom, orzeszki ziemne oraz jakieś czasopisma. Po powrocie do domu zaplanował resztę dnia, czyli: wizytę w Point Nepean, BBQ oraz po popołudniowe nurkowanie. O 11:15 Holt i jego czterej towarzysze wyruszyli do pierwszego punktu dnia czyli Point Nepean, gdzie mieli nadzieję na obejrzenie Aleca Rose’a przepływającego z The Rip do Port Phillip Bay. Niestety, mimo żaru lejącego się z nieba widoczność była na tyle słaba, że grupa zrezygnowała z oglądania ledwo widocznego żeglarza.

W drodze powrotnej do Portsea Holt zasugerował, aby zatrzymać się na Cheviot Beach, żeby trochę popływać. Głównym argumentem była chęć ochłodzenia się w celu poprawy apetytu przed lunchem. Harold pływał tam wiele razy, znał to miejsca jak własną kieszeń. Mimo kiepskich warunków, premier nie zrezygnował z wejścia do wody. Duże spiętrzenie, widoczne wiry i prądy skutecznie odstraszyły całą resztę od zanurzania się w wodzie. Jedynym towarzyszem Holta był Alan Stewart. Stewart bał się wpływać dalej i został na płyciznach, gdzie i tak czuł potęgę oceanu. Premier głodny wrażeń wypłynął dużo dalej. Przyjaciele z plaży wołali do niego, ale Holt nie reagował, nie wyglądało to tak jakby tonął – nie podnosił rąk ani nie wołał o pomoc. Wkrótce po tym po prostu zniknął pod jedną z fal.

Alan Stewart nie czekał z nadzieją aż mężczyzna nagle wypłynie. Wsiadł do samochodu i ruszył do pobliskiej szkoły oficerskiej w Portsea. Pech chciał, że w tym czasie większość personelu siedziała pod palmami na urlopie, jednak fakt że głowa państwa znika pod wodą postawił na nogi chyba każdego możliwego mundurowego w kraju. Policja zorganizowała jedną z największych akcji poszukiwawczych w historii Australii. Pierwsza ekipa przybyła na miejsce o godzinie 13:30, trzej nurkowe amatorzy. Wkrótce dołączyły do nich śmigłowce, skutery wodne, wodne patrole policji, dwa zespoły nurkowe marynarki wojennej. Z powodu kiepskich warunków pogodowych i słabego wyposażenia nie znaleziono niczego. Premier rozpłynął się w wodzie.

Pod koniec dnia liczba zaangażowanych osób wynosiła 190 i nadal rosła. W kulminacyjnym punkcie poszukiwania prowadzić będzie aż 340 osób.

Następnego dnia, czyli 18 grudnia wznowiono poszukiwania przed 5:00 rano. Silny wiatr, sporadyczne opady oraz wzburzone morze raczej nie pomagały w akcji. 50 nurków przeczesywało obszar dookoła skał w pobliżu miejsca gdzie ostatnio widziano premiera. O godzinie 8 rano przerwano poszukiwania z powodu przypływu, ale wznowiono je znów około południa. Kolejne próby poszukiwania Holta regularnie przerywały bardzo złe warunki atmosferyczne. Dopiero 20 grudnia możliwe stało się prowadzenie akcji w pełni sprawnie, ale nie miało to już większego sensu. Do następnego dnia wycofano większość personelu, a oficjalnie poszukiwania zawieszono 5 stycznie 1968 roku. Dowódca całej akcji Phil Hawke, powiedział wtedy, że „jakiekolwiek szanse na znalezienie premiera zostały utracone w niedziele wieczorem„.

Nie muszę pisać, że w tym czasie w mediach rozpętała się burza. Głowa państwa znika w odmętach oceanu, a ciało nie zostaje znalezione. Dało to tylko pole do popisu mediom oraz wszelkiej maści foliarzom do kreowania własnych odrealnionych wersji o czym zaraz wspomnę. Faktem jest, że wydarzenie wstrząsnęło sceną polityczną. W ciągu kilku dni od jego zaginięcia wybrano następce Holta. Policja miała ręce pełne roboty próbując wyjaśnić opinii publicznej co stało się z premierem, a jestem pewien, że politycy kładli nacisk na szybkie rozwiązanie sprawy.

Jeden z biografów Harolda – Tom Frame, opowiedział w wywiadzie, że premier czuł się bardzo pewnie w wodzie. Był świetnym pływakiem i nurkiem – to fakt – ale popełnił skandaliczny błąd przeceniając swoje możliwości. Tego dnia źle ocenił warunki pogodowe, być może traktował je też jako swego rodzaju wyzwanie. Całkiem możliwe jest również, że wypłynął tak daleko chcąc zaimponować Marjorie Gillespie. Kim była ta kobieta? Według ówczesnych plotek była kochanką Holta, co potwierdziła w 1988 roku.

Co do tego, że mężczyzna utonął nie ma żadnych wątpliwości. Kwestią do rozstrzygnięcia są pytania „jak utonał” oraz „gdzie jest ciało”. Na to pierwsze pytanie próbuje odpowiedzieć, wyżej wspomniany Frame. Oprócz zmęczenia, dywaguje on nad zawałem serca – co mogło mieć miejsce, ale jest mało prawdopodobne; atak rekina lub ukąszenie meduzy lub uderzenie głową o pływający kawał drewna albo inny twardy śmieć. Tak czy inaczej już pierwsza ekipa powinna znaleźć ciało Harolda. Frame uważa, że denat zablokował się w skałach pod wodą a w takcie odpływu wypłynęło na otwarte wody. Za ta teorią przemawia historia śmierci trzech pływaków w niedalekiej okolicy od miejsca zaginięcia premiera. Wszyscy trzej utonęli w podobnych okolicznościach, znaleziono tylko dwa ciała w zupełnie innych i nie związanych ze sobą miejscach.

Można zastanawiać się co tak na prawdę się stało, lub przyjąć do wiadomości suche fakty, że Holt był zwykłym człowiekiem, który też miał swoje słabości, a ciała nie odnaleziono z powodu wielu nakładających się na siebie czynników: pogoda, słaby sprzęt, może też słaba organizacja czy przeszukiwanie nie tych miejsc co trzeba. W okół całej akcji narosło mnóstwo innych teorii z pogranicza potencjalnie możliwych i totalnie odjechanych. Jedna z nich mówi o tym, że Holt upozorował swoją śmierć, tu teoria rozgałęzia się, określając go jako Chińskiego szpiega lub agenta CIA (który zanurkował i wsiadł do czekającej na niego łodzi podwodnej) czy też sugerując, że zrobił to by żyć w spokoju ze swoją kochanką. Inna teoria mówi, że zabili go agenci Vietkongu, czekający na niego pod wodą. Spekulowano również o jego samobójstwie, co zostało zdementowane przez przyjaciół i bliskie otoczenie jakoby Holt kochał życie będąc wiecznie zadowolonym i uśmiechniętym człowiekiem.

Rozważanie teorii o samobójstwie ma jeszcze sens, tak przypinanie łatki szpiega lub agenta który ucieka na łódź podwodną jest jakimś dziwnym kosmosem. Co ciekawe, jako jeden z argumentów podawanych przez foliarzy jest to, że Harold chciał wycofać wojska z Wietnamu o czym wspomniałem na początku. No, ale ta łódź podwodna… serio?

Śmierć Harolda Holta odbierana jest teraz jako pewien element popkultury w Australii i traktowana jako czarny humor wycelowany w facjaty ówczesnych polityków. Anarchiści i przeciwnicy władzy często używają transparentów podpisanych hasłem „Do wszystkich polityków: zróbcie jak Harold Holt i idzcie popływać” – przekazu chyba nie muszę tłumaczyć.

 

Cheryl Grimmer

12 stycznia 1970 roku zapowiadał się na świetny dzień, idealny aby poleżeć na plaży i złapać nieco opalenizny. Rodzina Grimmerów, która udała się tego dnia na Fairy Meadow w miejscowości Illawarra jeszcze nie wiedziała, że to właśnie dzisiaj ich życie zostanie wywrócone do góry nogami. Pech chciał, że ojciec – John – nie mógł spędzić wspólnego czasu z resztą rodziny, miał obowiązki w armii Australijskiej. W południe sielankę przerwała zmiana pogody na gorszą, Carol Grimmer zarządziła, że pora wracać do domu. Spakowała swoje rzeczy oraz dzieci i wysłała wszystkie na raz pod prysznic, aby zmyły z siebie wodę morską. Riki wrócił do matki po dziesięciu minutach mówiąc jej, że jego siostra – Cheryl – nie chce wyjść z kabiny. Zniecierpliwiona kobieta poszła za synem do budynku z prysznicami. Po córce nie było śladu, Carol Grimmer widziała ją tego dnia po raz ostatni.

Skupmy się teraz na faktach. Dziewczynka, czyli Cheryl w dniu porwania miała nieco ponad 3 lata. Tego dnia na czas pójścia pod prysznice miał się nią opiekować jej brat Riki. Świadkowie, których przesłuchiwała policja twierdzili, że widzieli mężczyznę trzymającego Cheryl owiniętą ręcznikiem, który korzystał z wodopoju (takie małe fontanny z przyciskami z których można pić wodę). Facet chyba się spłoszył, bo chwilę później pobiegł gdzieś dalej. Niektórzy ze świadków dostrzegli dziewczynkę w białym samochodzie. I to by było na tyle. Nic więcej nie wiadomo. Nie dziwi mnie to, bo trzeba wziąć pod uwagę brak wszechobecnego monitoringu i kontroli na każdym kroku – w końcu to lata 60.

Zniknięcie dziewczynki wywołało w Australii niemałą burzę medialną oraz liczne polowania na podejrzanych. Trzy dni po porwaniu policja otrzymała notatkę z żądaniem 10 000AUD w której porywacz zapewniał, że dziecko jest nietknięte. Policja zaplanowała akcję na dużą skalę angażując sporo ludzi. Część funkcjonariuszy przebrała się za pracowników socjalnych w celu podrzucenia okupu we wskazane miejsce. Porywacz chyba nabrał podejrzeń, że szykuje się na niego zasadzka i wycofał się. Dziesięć lat po tej sytuacji rodzina przeniosła się z powrotem do Anglii aby mieć spokój od węszących wszędzie dziennikarzy.

W międzyczasie, jeden z miejscowych przyznał się do zabójstwa Cheryl, ale w toku śledztwa wyszło na jaw, że gość zmyślał. Później okaże się to bardzo cenna informacja.

Po wznowieniu sprawy w okolicach 2010 roku policja wydała oświadczenie, twierdząc że porywacz jak i ofiara prawdopodobnie już nie żyją. Gdyby Cheryl żyła, łatwo można by ją zidentyfikować. Miała pępek o nietypowej budowie, który wystawał 10mm na zewnątrz. Gdyby chciała to poprawić operacją plastyczną, byłaby na pewno wpisana w jakieś akta medyczne. Pod wpływem tych informacji w 2012 roku na policję zgłosiła się kobieta, podejrzewająca że jest Cheryl, niestety badania DNA jednoznacznie wskazały że to nie ona.

Od porwania minęły dekady, ale dopiero od okolic 2010 roku coś w sprawie się zaczęło ruszać dalej. W maju 2011 roku koroner wydał orzeczenie, że Cheryl zmarła niedługo po uprowadzeniu z bliżej nieokreślonej przyczyny. Carol Grimmer otwarcie sprzeciwiła się temu, wierząc że jej córka wciąż gdzieś żyje. Jednak ani Carol ani John nigdy nie poznają prawdy, ponieważ zmarli niedługo po oświadczeniu. Mimo całego zamieszania, policja nadal robiła swoje oferując 100 000AUD za informacje dotyczące zaginięcia Cheryl.

W 2016 roku na nowo zapoznano się z materiałem dowodowym, a także poddano go cyfrowej archiwizacji co zdecydowanie ułatwiło filtrowanie cennych informacji. Dzięki temu zabiegowi udało się znaleźć kilka nowych informacji i tropów, które w 1970 roku przeoczono. Grupa detektywów z Wollongong (miejscowość niedaleko Sydney) oraz zespół z wydziału zabójstw połączyli swoje siły tworząc grupę operacyjną „Strike Force Wessell”. Głównym celem grupy, było między innymi rozwiązanie sprawy porwania Cheryl.

Pod koniec 2016 roku policja ogłosiła, że doskonale zna sprawcę, apelując do niego aby sam zgłosił się na policję. Według nich, w dniu porwania był nastolatkiem, więc na chwile obecną będzie w wieku około 60 lat.

23 marca 2017 roku aresztowano i oskarżono podejrzanego o porwanie i morderstwo Cheryl Grimmer. Tym podejrzanym okazał się być ten sam koleś, który przyznał się do winy w 1970 roku, wtedy nikt mu nie uwierzył. O oskarżonym wiadomo tylko tyle, że w dniu zatrzymania miał 63 lata, urodził się w Wielkiej Brytanii ale od późnych lat 60 mieszkał w Australii.

Ciała Cheryl prawdopodobnie nigdy nie uda się znaleźć, głównie ze względu na rozrost aglomeracji miejskiej i wiejskiej na obszarach gdzie morderca mógł ukryć zwłoki. Na ten moment, policja szuka 80 letniego świadka w śledztwie, którego zeznania będą miały kluczowe znaczenie dla sprawy i pomogą zamknąć ją raz na zawsze.

 

Frederick Valentich

Na koniec chyba jedno z najdziwniejszych zniknięć z całego zestawienia. Na pewno niektórzy znają historię Fredericka, a Ci co nie słyszeli co stało się z młodym pilotem niech trzymają się krzeseł bo będzie to niezła jazda bez trzymanki.

21 października 1978 roku, młody pilot Frederick Valentich przybył na lotnisko Moorabbin obok Melbourne. Tam wykonał standardowe procedury przed startowe, czyli zgłosił cel oraz trasę lotu, sprawdził warunki pogodowe, które tego dnia zdecydowanie dopisywały, wynajął samolot i wystartował o godzinie 18:19. Kolejny kontakt z wieżą kontroli lotów w Melbourne miał miejsce o godzinie 19:00 kiedy to zawiadomił o dotarciu nad przylądek Otway.

O 19:06 znów skontaktował się z wieżą. Tym razem chciał wiedzieć czy w okolicy znajduje się jakiś inny samolot na pułapie poniżej 1700 metrów. Według Steva Robeyem’a – operatora – nic w tamtym rejonie aktualnie nie latało. Valentich stwierdził, że widzi duży nierozpoznany obiekt z czterema dużymi światłami. Po chwili dodał, że pilot prawdopodobnie bawi się z nim przelatując tuż nad nim z dużą prędkością po czym zawracając i zbliżając się znów.

O 19:09 kontroler z Melbourne poprosił pilota o podanie danych na temat swojego położenia oraz prędkości a także o próbę opisu obiektu który widzi. Valentich opisał go jako coś długiego, co porusza się z tak dużą prędkością, że nie sposób dostrzec szczegółów. Kontroler dalej próbował dopytywać o więcej informacji, ale niestety pilot chyba rzeczywiście bał się tego co się dzieje, zdając mu relację z kolejnych przelotów i krążenia obcego obiektu nad nim. Po niedługim czasie Frederick odezwał się do kontroli lotów już nieco bardzie spokojnie, oznajmiając że obiekt gdzieś zniknął i zapytał się czy jest możliwe, aby śledził go wojskowy samolot.

Steve robił co mógł by dowiedzieć się więcej na temat ruchu lotniczego w tym rejonie, niestety bez skutecznie. W tym czasie Valentich znów nawiązał kontakt twierdząc, że obiekt zbliża się do niego z południowego zachodu, a chwile później zgłosił między innymi awarię silnika. Jego ostatnie słowa jakie wypowiedział przez radio to niepokojące stwierdzenie: „to nie jest samolot„. Następnie jedynymi zarejestrowanymi dźwiękami było 17 sekund niezidentyfikowanych szumów i skrzypienia metalu.

Jak nie trudno się domyślić, tak fenomenalna sprawa nie trafia się codziennie, wręcz jest idealną pożywką dla mediów, wszelkiego rodzaju prywatnych detektywów oraz foliarzy. Oczywiście jest mnóstwo teorii, które próbują wyjaśnić co się dokładnie stało z młodym pilotem. Najwięcej z nich dotyczy UFO i porwania pilota przez kosmitów. Są też jednak bardziej przyziemne założenia, chociaż jak sami ich twórcy przyznają, mają spore luki których nie da się nijak załatać znając przebieg całej sytuacji.

Fakty są takie, że nigdy nie odnaleziono samolotu, którym leciał Valentich. Początkowo przypuszczano, że chłopak chciał upozorować całą sytuację lecąc w zupełnie inne miejsce niż zgłoszone na odprawie. Paliwo w jakie się zaopatrzył mogło mu starczyć na około 800km dodatkowego dystansu. Również za tą teorią przemawiają doniesienia o lekkim samolocie który wylądował w pobliżu Otway mniej więcej w momencie zaginięcia Fredericka. Z drugiej strony samolot to nie igła i bez odpowiedniego zaplecza czy wcześniejszego przygotowania trudno jest takowy ukryć. Zakładając, że policja sprawdziła ten trop, idziemy do kolejnej teorii.

Ta, wrzuca Valenticha do jednego worka z przemytnikami narkotyków. Pewien człowiek – Phillip Klass – otwarcie sprzeciwiający się teoriom o UFO uznał, że samolot mógł posłużyć do przemytu znacznej ilości narkotyków, cała akcja miała być pod to zaplanowana. Rodzina pilota oskarżyła Klassa o zniesławienie.

Jeszcze inna teoria zakłada, że padł ofiarą porażenia piorunem, co jest bardzo dziwne biorąc pod uwagę dobre warunki atmosferyczne oraz nietypowe zgłoszenia do kontroli lotów. Obrońca tej wersji twierdzi, że cała ta „szopka”, była wstępem do samobójstwa, czemu zaprzeczają bliscy pilota. Jednogłośnie zgadzają się, że chłopak nie miał powodów by odbierać sobie życie. Ale skoro jesteśmy już przy śmierci pilota, to w 2000 roku, prywatne śledztwo wykazało że mógł on rozbić się o ocean, a silne prądy morskie przeniosły lekki samolot na otwarte wody, gdzie ostatecznie zatonął. Ja skłaniam się najbardziej ku tej teorii, chociaż też jest w niej kilka nieścisłości.

Sprawa tego zaginięcia jest o tyle interesująca, że nie ma teorii która mogłaby być spójna i przedstawiać hipotetyczne wydarzenia mające przełożenie na materiał dowodowy. Tu jedynie zwolennicy teorii o UFO i uprowadzeniu przedstawiają wersję która trzyma się kupy, jeśli w takie rzeczy ktoś wierzy.

A co z dziwnymi dźwiękami? Są one jednym z głównych argumentów dla obrońców wersji o UFO. Nagrania zostały przebadane przez różnych ludzi m.in. przez Richarda Heinesa – w tamtym momencie zajmował stanowisko profesora psychologii na uniwersytercie w San Jose, wcześniej pracował jako specjalista w ośrodku NASA Ames Reaserch Center. Jedyne informacje jakie udało się ustalić, to fakt że każdy dźwięk zaczynał i kończył się delikatnym pulsowaniem, dźwięków jest 36 i nie wiadomo czy mają jakiekolwiek znaczenie. I to tyle.

Do dzisiaj nikt nie wie co przytrafiło się pilotowi, ale najprawdopodobniej stracił orientację podczas lotu, mógł zasłabnąć lub coś innego wpłyneło na jego kondycję psychiczną. Obiekt, który widział mógł być przywidzeniem lub odbiciem w szybie samolotu – stąd informacja o bardzo szybkim poruszaniu się obiektu. Z drugiej strony, wątpie żeby człowiek z lotniczą pasją, wsiadał do maszyny na rutynowy lot pod wpływem jakichś psychotropów lub nie czując się na siłach. Warto też wspomnieć, że pilot interesował się mocno tematykom UFO, sceptycy wykorzystywali to wielokrotnie właśnie argumentując na przykład upozorowanie wypadku albo samobójstwo. Sprawa cały czas jest otwarta, jednak w przeciwieństwie do poprzednich, tu nie napływają jakiekolwiek informacje które mogłyby pomóc w rozwiązaniu zagadki lub nieznacznie pchnąć ją na przód.

 

Podsumowanie

Przebrnęliśmy przez cztery części dotyczące kryminalnej strony Australii. To jest tylko wierzchołek góry lodowej, ponieważ przeszukując internet w poszukiwaniu ciekawych spraw natknąłem się na inne równie dziwne lub nietypowe, dlatego zachęcam do zainteresowania się tematem. Zbrodnia w Australii ma się niestety bardzo dobrze, ale nie jest tak rozdmuchiwana jak wydarzenia mające miejsce w USA. Tu też grasowali i nadal gdzieś są seryjni mordercy, mają w końcu gdzie się schować na tak pustym kontynencie.

A jakie są moje odczucia odnośnie bezpieczeństwa w Australii? Przed wgłębieniem się w tematykę zbrodni, nie spodziewałem się aż takiej brutalności po tych ludziach. Gdziekolwiek bym się nie udał, zawsze czułem się bezpiecznie. Oczywiście każde miasto czy też wioska może mieć swoje ciemne strony i nie raz byłem świadkiem takowiej. Podróżując do Broken Hill chciałem zatankować samochód w jednej z małych miejscowości, niestety ale spora grupa aborygenów z kijami, deskami i metalowymi rurami w rękach zmieniła moje plany. Australia poza cywilizowanymi miejscami jest dzika i niebezpieczna, zdarzają się ataki wędrujących aborygenów czy jakiś dziwnych typów, które w najlepszym wypadku kończą się zabraniem portfela i pobiciem.

W Sydney jedna z dzielnic, która jest zaliczana do niezbyt przyjaznych nocą to Kings Cross – czyli praktycznie samo centrum miasta. Faktycznie nie jest to za ciekawa okolica nawet za dnia. W mediach można za to poczytać raz na jakiś czas o jakimś morderstwie czy brutalnym ataku, które zdarzają się tu tak jak w każdym innym miejscu na świecie. Z takich sytuacji, które pamiętam to atak nożownika w pubie w którym byłem kilka razy wcześniej; próba porwania samolotu w Sydney udaremniona przez policję czy atak terorrystyczny na kawiarnię w centrum miasta.

Zdarzają się też dziwne rzeczy jak na przykład dwóch panów, którzy się o coś pokłócili i jeden zaatakował drugiego bumerangiem – to takie Australijskie! Dość dziwna sytuacja miała miejsce również w centrum. Pewna rodzina postanowiła wybrać się na spacer do centrum, kiedy zatrzymali się gdzieś na ulicy do ich 7 letniego syna podszedł koleś i bez niczego sprzedał mu liścia na twarz, po czym poszedł dalej. Młody się rozpłakał, a rodzice nie wiedzieli za bardzo co robić (jasne…) i zadzwonili po policje. Jeśli dobrze pamiętam, to typ tłumaczył się z tego że nie wie dlaczego to zrobił.

Sytuacja mnie bardzo nie dziwi, bo centrum Sydney jest pełne ćpunów. Tu nikt ich nie zgarnia z ulicy i widok typa machającego rękami do gołębi czy wydzierającego się na latarnie uliczną jest w pewnym sensie normalny. Tak samo jest też pełno bezdomnych, których można nawet kojarzyć z widzenia bo wielu ich nie ma.

Co dalej z serią? Postaram się teraz skupić bardziej na jednej postaci czy sytuacji i dobrze ją opisać, tworząc tym samym wpisy niezależne od ankiet na portalu ze śmiesznymi obrazkami wykop.pl 😉

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *