Salam alejkum

 

Chciałbym, aby ten blog dotyczył nie tylko wpisów związanych ściśle z Australią. Postaram się pokazać – z mojej perspektywy – w jaki sposób postrzegam miejsca, które odwiedzam. Opisze, tyle ile pamiętam z danego wyjazdu i być może kogoś tym samym zachęcę do ruszenia czterech liter ze stołka.

 

Pomysł
Dinozaur w „The Mall”

Pomysł na wyjazd do Dubaju wziął się trochę przypadkiem. Nie myślałem wcześniej, że będę robił sobie wakacje przed wakacjami w Polsce. Po roku spędzonym w Australii zdecydowałem się wrócić do kraju na kilka tygodni. Miałem w pierwszej chwili kupić bilet bezpośrednio do Warszawy, którego trasa zaczynała się w Sydney z przesiadką w Dubaju i lotem do stolicy Polski. Pomyślałem wtedy, że warto by było zostać tam na chwilę i zwiedzić samo miasto z grubsza, zobaczyć co tam też się dzieje. No i tak to się zaczęło…

 

Dzień 1

Chciałbym tu zaznaczyć, że wyjazd miał miejsce prawie trzy lata temu i nie pamiętam wszystkich detali, no ale… Do tego pustynnego miasta zawitałem jakoś nad ranem. Kontrola na lotnisku przebiegła bardzo sprawnie i szybko dzięki czemu chwilę po wyjściu z samolotu siedziałem już w taksówce. Nie pamiętam czy rezerwacji hotelu dokonałem przed wylotem, czy dopiero szukałem go po przylocie na lotnisko, ale wiem że był on jakieś 10km od centrum miasta.

Sklep z przyprawami w cechu rzemieślniczym

Dubaj jest przeogromny i cały czas w budowie – widok dźwigów i placów budowy to jedna z rzeczy która od razu rzuciła mi się w oczy. Po zameldowaniu w hotelu raczej nie za bardzo myślałem żeby odpocząć po długim locie. Szybki prysznic, jakieś śniadanko i wyjście na miasto. Pierwszy przystanek: metro niedaleko hotelu.

Metro jest ciekawie zaprojektowane – na pewno jest bardzo nowoczesne. Jeździłem nim wiele razy z miejsca na miejsce, raz popełniając błąd który przypłaciłbym mandatem. Otóż, metro jest podzielone na kilka stref: najtańszy bilet z miejscami stojącymi, bilet w normalnej cenie – gdzie są miejsca siedzące i bilet „gold class” czy jakoś tak – który upoważnia do jazdy w pierwszym wagonie. Ja oczywiście kupiłem najtańszy bilet, ale przez pomyłkę wszedłem do „gold class” i dopiero w trakcie podróży przeczytałem na tablicy jak to wszystko działa i co za to grozi. Tak czy inaczej warto było, bo metro jest autonomiczne, a co za tym idzie nikt go nie obsługuje – więc z pierwszego wagonu jest świetny widok przez przednią szybę.

Pierwszego dnia postanowiłem zwiedzić centrum i najważniejsze punkty. Udałem się pod najwyższy budynek świata – Burji Kalifa – chcąc wjechać na sam szczyt. Tu odbiłem się od ściany, ponieważ cena za wjazd na samą górę była jakimś kosmosem (z tego co kojarzę, to jakieś 300 dolarów :O). Poza tym pogoda nie za bardzo sprzyjała, było pochmurno więc widok byłby żaden. Stojąc w miejscu zwanym „The Souk” i patrząc na ten monument architektoniczny czuć coś futurystycznego, tak jakby to był pierwszy krok do stworzenia świata znanego z książki Futu.re D. Głochowskiego.

Ciche i klimatyczne uliczki cechu rzemieślniczego.

Niedaleko tego wieżowca, a w sumie to już nawet i pod nim jest wielkie centrum handlowe… serio jest wielki, jedno z największych na świecie – nazywa się „Dubai Mall”. Ogrom tego miejsca przytłacza, potrzeba kilku godzin żeby obejść je w miarę dokładnie. Oprócz sklepów jakie można spotkać w każdym centrum handlowym znajdziemy tu restauracje, kino, ogromne centrum akwarystyczne (polecam), zoo, centrum rozrywki z jakimiś salami do zabaw, boisko do hokeja i gdzieś tam podobno jest centrum narciarskie ale tego nie udało mi się znaleźć.

Mało? No to wystrój wnętrza tego miejsca jest oryginalny i widać że zaplanowany z głową. Mamy typowe dla centrów handlowych alejki ze sklepami i wystawami, ale jest też część stylizowana na stare arabskie uliczki – The Souk – w tej części znajduje się między innymi szkielet dinozaura, jest też coś na wzór małego miasteczka, etc. W momencie kiedy piszę ten tekst, pewnie jest tam trochę inaczej, ale jestem pewien że nadal zaskakująco.

Może to i dziwne, że zachwycam się centrum handlowym, ale na prawdę jest to miejsce gdzie nikt na siłę nikogo nie atakuje cenami i promocjami a z radia nie syczy głos spikera który chce wcisnąć nam na siłę garnitur Armaniego w promocyjnej cenie… Panuje tam względy spokój i cisza. Na zewnątrz centrum handlowego znajduje się park, z którego doskonale widać Burji Kalifa, jest tam też mały staw w którym co jakiś czas odbywa się pokaz światła i wody.

W centrum spędziłem prawie połowę dnia. Następnym moim punktem było odwiedzenie starej części Dubaju. Udałem się więc do metra i przejechałem kilka stacji dalej. Wyszedłem gdzieś w mniej znanym i turystycznym miejscu. Zanim dotarłem do właściwego miejsca musiałem minąć kilka ulic ze sklepami skierowanymi bardziej do mieszkańców miasta niż do turystów. I tak na przykład wszedłem w uliczkę, gdzie były same sklepy z oponami. Pierwszy raz w życiu widziałem jak obsługa poleruje czarne gumy i co rusz używa odświeżacza powietrza, żeby w sklepie ładnie pachniało. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, ale wiedziałem że to miejsce jest mało oblegane przez przyjezdnych. Wszystko sprowadzało się do tego, że wysiadłem na stacji wcześniej niż powinienem – chciałem po prosty się przejść i zobaczyć trochę lokalnego życia.

The Souk – część centrum handlowego stylizowana na stary rynek

Moje kroki skierowałem do muzeum Dubaju. Warto je zobaczyć, bo jest świetnie zaprojektowane i dużo wyjaśnia na temat samego miasta, które z małej wioski rybackiej przeszło transformację w mega nowoczesną metropolię. Obok muzeum – a w zasadzie to chyba jeszcze na jego terenie – jest pozostałość po murze, który otaczał kiedyś Dubaj i jest to jedyny większy zabytek jaki postanowiono zostawić. Trochę smutne jest postępowanie ze starym budownictwem w tym mieście, które zostało zburzone, a tak powstałe miejsca szybko zagospodarowano. Dopiero po czasie władze zorientowały się, że to zła praktyka, ale było już za późno – efektem jest praktycznie brak zabytków w mieście.

To co jeszcze mnie urzekło to miejsce do którego przydreptałem przypadkiem, szukając lokalu z jedzeniem. Trafiłem otoczonego murem osiedla, które pełniło funkcję cechu rzemieślniczego i artystycznego. Uliczki wypełnione sklepikami ludzi którzy tworzą swoje dzieła lub produkują jakieś rzeczy okazały się strzałem w dziesiątkę. Pierwsze miejsce na które wpadłem – to oczywiście restauracja – w której podawali m. in. mięso z wielbłąda. Nigdy wcześniej nie jadłem, ale jest bardzo pyszne i polecam spróbować. Po posiłku postanowiłem rozejrzeć się po okolicy.

Najpierw trafiłem do typa, który trudnił się w zielarstwie i miał sporo różnych dziwnych rzeczy do sprzedaży. Kupiłem u niego jakieś przyprawy na wagę. Następnie natknąłem się na gościa, którego specjalizacją okazało się tworzenie perfum. Co ciekawe, nie były to zwykłe perfumy takie jak sklepowe. Te które on miał, sprzedawał w małym zakręcanym pojemniku. Przed użyciem należało wstrząsnąć nim, następnie odkręcić, zamoczyć palce i wetrzeć w skórę na szyi w wybranych miejscach. Niesamowicie fascynująca miejsce, tym bardziej że cały ten cech był niemal pusty i z rozmów z ludźmi którzy tam pracują wynika, że bardziej nastawiają się na miejscowych niż na turystów, ponieważ ci bardzo rzadko tu przychodzą. Oprócz wyżej wymienionych rzemieślników wpadłem na chwilę na prywatną wystawę malarza obrazów, byłem w pracowni gościa który rzeźbi i w kilku sklepikach z ziołami oraz kadzidełkami.

Ostatnim punktem był targ złota. Do niego trasa prowadziła przez doki. Widok ludzi ładujących na małe statki, towary był niecodzienny, tym bardziej że robili to ręcznie dźwigając wielkie pakunki na barkach. Ulica wzdłuż doków prowadziła wprost na targ, ale nie ten ze złotem a taki zwykły bazar. Akurat ta część nie jest jakaś interesująca, bo w tym miejscu oprócz kilku sklepów z lokalnymi produktami, sprzedawano też jakieś badziewie z chin. Ja wpadłem na stoisko kilku typów, którzy handlowali ziołami i herbatami. Spędziłem tam z dobre pół godziny wybierając i targując się – tak, targowanie się to podstawa w tym kraju i jak się tego nie robi to można nawet sprzedawcę urazić. Z ceny jaką mi podał udało się zejść naprawdę nisko, więc byłem zadowolony z zakupów, a i sprzedawca chyba też się ucieszył z faktu pozbycia się zielska.

Sklep o śmiesznej nazwie, wiadomo co tam można kupić ( ͡º ͜ʖ͡º)

Targ złota… no cóż, sprzedają tu złoto w każdej możliwej postaci. Jest to jedna ulica, ze sklepami po lewej i prawej stronie, gdzie w witrynach wisi biżuteria, zegarki, stoją manekiny z ubraniami… ze złota. Złoto to słowo klucz w tym miejscu, tak samo jak i ceny które powodują, że portfel płacze. Przechadzając się tą uliczką doskonale widać, że większość ludzi przyszła tu tylko popatrzeć, a nie kupić cokolwiek. To jednak nie zniechęca lokalnych handlarzy podróbkami do próby wciśnięcia „oryginalnego” Rolexa, w promocyjnej cenie kilku dolców.

Kiedy noc okryła miasto, postanowiłem pojechać w jeszcze jedno miejsca – do drugiego centrum miasta (ale nazwy nie pamiętam). Tu mam trochę wyrwę w głowie, bo nie jestem w stanie zlokalizować na mapie gdzie byłem, ale wiem że pojechałem na plażę miejską. Plaże mnie nigdy nie zachwycały (oprócz kilku wyjątków) i ta też jakaś szczególna nie była. Skwer oczywiście najwyższej jakości, a osiedle przez które się przebiłem by dotrzeć nad wodę robiło wrażenie. Bloki wyglądające jak futurystyczna wersja bloków z wielkiej płyty połączona z designem połowy lat 90.

Dzień pierwszy się skończył, ale drugi miał być ciekawszy.

 

Dzień 2

Czy może być coś lepszego niż off-road na pustyni? W Dubaju chyba nie. Dzień drugi miałem już zaplanowany dużo wcześniej. Udało mi się skombinować wycieczkę na pustynię z kierowcą i samochodem – co nie jest wielkim wyczynem. Plan zaczął się od przyjazdu owego kierowcy pod mój hotel. Niepozorny Arabski Janusz z wąsem w terenówce, która wyjechała przed chwilą z myjni. Zapakowałem się na miejsce pasażera, ale żeby nie jechać na pusto podjechaliśmy jeszcze po jedną ekipę, która też się zainteresowała wyjazdem na wydmy. Trafiła mi się rodzina z Indii mieszkająca na stałe w Arabii Saudyjskiej. Bardzo mili i przyjaźni ludzie.

Producent perfum

Po spakowaniu ich ruszyliśmy poza miasto. Drogi mają tu płaskie jak stół, żadnego dołka, czasem zdarza się, że piasek dostaje się na asfalt i to jedyna „przeszkoda” podczas jazdy. W pewnym momencie kierowca gwałtownie zjeżdża z drogi i pełną parą pakuje się na piach wzbijając go do góry. Widać było, że uwielbia taką jazdę, sprawiało mu to niesamowitą radość kiedy przez cały czas ślizgał się po wydmach przecinając pustynię. Oprócz nas było kilka innych samochodów z wariatami za kółkiem, jeden nawet próbował podjechać pod bardzo stromą wydmę ale nie udało mu się to i zsunął się po prostu w dół.

Gdzieś w połowie drogi do celu (o tym zaraz), kierowca zatrzymał się i zarządził krótką przerwę. Stałem na szczycie usypanym przez naturę, po horyzont ciągnęła się przepiękna piaszczysta pustynia. Tego widoku nigdy nie zapomnę, sunący kurz po szczytach wydm w świetle zachodzącego słońca. Chwilę po nacieszeniu się widokiem wpakowaliśmy się do auta i pod kierownictwem wariata za kółkiem sunęliśmy do ostatniego punktu wycieczki – do obozu na środku pustyni.

Duma miasta czyli Burji Kalifa

Miejsce ciekawe, chociaż miałem mieszane uczucia co do całości. To co było zdecydowanie na plus to samo umiejscowienie obozu – na samym środku niczego. Z jednej z wydm udało mi się obejrzeć wspaniały zachód słońca nad Dubajem, który rysował się na horyzoncie. W cenie wycieczki było też jedzenie, więc spróbowałem lokalnych potraw. Gorzej sprawa się miała z alkoholem, był kosmicznie drogi, wypiłem tylko browarka. Oczywiście nie mogło zabraknąć wielbłądów i ludzi trenujących ptaki drapieżne (w Dubaju odbywają się nawet jakieś zawody z tym związane). Niesamowity był klimat obozu, z rozłożonymi dywanami i namiotami oraz stosunkowo nie dużo ludzi. Wisienką na torcie był pokaz tańca brzucha – i wszystko mogłoby być super-fajnie, gdyby nie doczepienie do sukienek jakiś dziwnych światełek, robiło to fajny efekt, ale mi bardziej podobają się tradycyjne rozwiązania.

Szoł trwał długo, chyba z obozu ruszyliśmy koło 22 albo i później. Wiem, że w hotelu padłem na łóżko jak zabity…

 

Dzień 3

Ostatni dzień w Dubaju spędziłem na łażeniu po mieście, odwiedziłem raz jeszcze Dubai Mall tym bardziej w celach zakupowych.

Piękna pustynia piaszczysta

Po południu już czekałem na lot do Polski. Miałem trochę nieprzyjemny wylot, ponieważ kontrola stwierdziła, że musi zajrzeć mi do walizki i sprawdzić czy nie brakuje mi skarpetek. Nie jest to przyjemna rzecz, ale nie wożę ze sobą podejrzanych przedmiotów, tak więc puścili mnie dalej.

Wylot do Dubaju był w pewnym sensie zapalnikiem do dalszych podróży. W sumie wcześniej udało mi się zajrzeć na Filipiny na tydzień, ale Dubaj odwiedziłem samemu i od tamtej pory uwielbiam w ten sposób podróżować. Gdybym miał ocenić cały wypad to raczej na plus, chociaż nie wróciłbym tam samemu jeszcze raz. Miasto jest ładne i pewnie dzieje się tam sporo, ale na dłuższą metę można się tam zanudzić na śmierć. Wydaje mi się, że mogłaby być to świetna baza wypadowa do państw obok, które mają nieco więcej do zaoferowania pod względem chociażby zabytków. Tak czy inaczej polecam pojechać tam na kilka dni.

 

Bonus

Jako dodatek do wpisu wrzucam film jaki zmontowałem po przyjeździe z Dubaju, widać tam większość opisywanych miejsc.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *