Szary dzień, kolorowych ludzi

 

Temat trochę trudny do ugryzienia z jednego prostego powodu – życie tutaj wygląda jak w każdym innym mieście na świecie. Postaram się może opisać jakieś drobiazgi na które zwróciłem uwagę, a nie będą występować na przykład w Polsce.

 

Pobudka
Wystarczy wyjść z domu, by spotkać te intrygujące ptaki

Wstawanie do roboty jest zdecydowanie innym doświadczeniem niż to w Polsce. Po pierwsze, po trzech latach tutaj zapomniałem jak to jest budzić się codziennie rano ze świadomością uwiązania do jednego pracodawcy. Po drugie, nie pamiętam kiedy już tak na prawdę nie chciało mi się jechać do roboty. Takie dni mogę policzyć na palcach jednej ręki. Świadomość możliwości jakie daje to miasto, sprawia że po takim czasie traktujemy pracę jako dodatek do życia wypełniający większą część dnia, a nie przykry obowiązek. Im dalej w las tym lepsze warunki otrzymujemy, których efekty widać gołym okiem. W pewnym momencie praca na godziny staje się swego rodzaju wyborem między pracą na kontrakt, który daje jeszcze większe profity i wolność wyboru pewnych kwestii (np. godziny o której przyjedziemy do pracy).

Jednym z większych minusów pracy jako „tradie” (czyli usługodawca, czy też człowiek z fachem w rękach) jest fakt, że często trzeba wstać o jakiś chorych godzinach. Pobudka o 4:30 rano czy koło 5:00 jest często spotykana. Wliczam tu oczywiście zjedzenie śniadania i przejrzenie mikrobloga, a nie pobudkę, szybkie mycie zębów i skok do samochodu. Sydney to duże miasto, więc trzeba zaakceptować fakt, że dojazd może zająć trochę czasu.

Ok, jesteśmy w samochodzie i jedziemy sobie do pracy, ale jest jakoś mało paliwa i tak trochę suszy w gardle.

 

Podroż do pracy

Trzeba zjechać na stację. O tych pisałem już m.in. w tekście na temat cen. Stacje oferują oczywiście paliwo, ale dla mnie najważniejsza w tym momencie jest kawa. Wiem, że pije jej za dużo – do śniadania, często w drodze, później jeszcze w pracy i tak w sumie non stop… ale mam to gdzieś. Biorę zwykle największe wiadro kawy jakie mają do zaoferowania, wcześniej tankuję samochód (zwykle do pełna) i ruszam dalej.

Często spotykany widok w pracy w centrum 😉

Tu pojawia się problem tego miasta. Korki. Kawa jest bardzo fajnym wypełniaczem czasu, plus muzyka, a czasem towarzystwo jakiegoś ziomka i jakoś da się przejechać przez ten grajdół. Sydney od kilku lat boryka się z problemem intensywności ruchu. Jeśli zajrzy się w statystyki, to widać jeden z powodów – imigranci. Przylatuje ich tu kilkaset tysięcy rocznie albo i więcej. Każdy z nich po jakimś czasie kupuje samochód, bo są one tanie. Czasem w takiej rodzinie samochodów jest więcej niż jeden. I teraz całe miasto wyjeżdża o niemalże tej samej porze do pracy. Przy tak zaprojektowanej siatce ulic, zbyt małych autostradach oraz niektórych imigrantach, którzy prawo jazdy robili na osiołku, płynność ruchu nie ma szansy zaistnieć. Mało tego, rząd zwiększa stawki opłat za przejazd autostradą co docelowo ma rozładować ruch. Przyczyniło się to do zakorkowania mniejszych ulic – zwłaszcza w okolicach centrum.

Ponarzekałem na zapchane ulice, ale praca sama się nie wykona. Co dalej?

 

You had one job to do…

Gdybym mógł tekst rozbić na drzewko, to właśnie w tym miejscu byłby jeden z węzłów. Pracuję na budowie, ale bywa że pracuję też jako grafik. Częściej jednak przebywam właśnie „w terenie” niż w domu przed komputerem, ponieważ mam z tego niesamowite profity (materialne jaki i w dużej mierze mentalne). Skupię się jednak na pracy budowlanej. Jako grafik siedzę przy komputerze cały dzień lub po godzinach i projektuję, ale nie o tym…

Odkrywanie dziwnych miejsc to jedno z moich hobby – tu muzeum zabawek.

Na budowie praca rozpoczyna się około 7:00 rano. Są wyjątki od tej reguły i można zacząć wcześniej (np. 6:00 jeśli tak chce klient) lub później. Zdarza się też pracować w nocy, tzw. nocki, co moim zdaniem jest fajne, ale na krótką metę. Nocki mają swój klimat – brak ludzi na budowie czy w budynku, cisza na ulicach, brak snu daje się we znaki (co powoduje omamy słuchowe ;)).

Po przyjeździe do pracy trzeba wykombinować co dzisiaj będzie robione, czasem wypełnić jakieś papiery, a w przypadku pierwszego dnia w danym miejscu przejść „induction”, czyli krótkie szkolenie na temat bezpieczeństwa na budowie, procedurach. Podczas tego spotkania zostają też omówione najważniejsze kwestie pracy czyli dostęp do danych miejsc, co zrobić w razie wypadku, gdzie jest miejsce dla palaczy, kibel czy stołówka.

O pracy pisałem już wcześniej i nie jest to nic skomplikowanego. Wszystko odbywa się na spokojnie i w rozsądnym tempie (nikt tu nie musi wyrabiać jakieś normy). Około 12:00 następuje przerwa na lunch (nie wliczam tu wcześniejszych na kawę).

Jedzenie można skombinować na różne sposoby – czasem na budowie jest stołówka i można sobie żarcie podgrzać. Widziałem też kiedyś typka który woził ze sobą podgrzewacz i smażył kiełbaski i chleb tostowy. Sam też tak próbowałem, ale za dużo zachodu jak dla mnie 😉 Najczęściej na obiad idzie się gdzieś do knajpki lub do pubu, gdzie oprócz piwa serwują świetne steki w dobrej cenie.

Po obiadku motywacja do pracy trochę spada i już prawie każdy odlicza godziny do wyjścia. Zdarza się, że nic to nie daje bo deadline się zbliża i trzeba w pracy posiedzieć dłużej. Niektórzy sami z siebie zostają na nadgodziny (płatne).

Godzina 15:00 to taki uśredniony czas wyjścia z pracy. Następuje powrót, który jest rewersem porannej jazdy.

 

Powrót do domu

Po powrocie do domu, dobrze jest się umyć –  i to jest jedyna pewna rzecz, ponieważ reszta zależy od dnia. Po prysznicu najczęściej siadam do komputera i robię grafiki, czasem piszę teksty (tak jak ten teraz), bawię się w pisanie w różnych innych formach, maluję obrazy, oglądam filmy, czytam jakieś książki (najczęściej opowiadania), gram w CS:GO, etc…

A tu zapora wodna rodem z Fallouta.

Wydaje mi się, że czas po pracy nie różni się za bardzo od tego co robiłem w Polsce z tym że tu czuję większą wolność. W każdej chwili mogę wyjść z mieszkania, pojechać do centrum i wpaść do jakiegoś lokalu na imprezę lub piwo – cena tego będzie wysoka i nie chodzi tu o pieniądze. Praca na kacu to jest najgorsze co mnie spotkało – a minęły od tego czasu ponad trzy lata. Od tamtej pory nie ruszam nawet piwa w tygodniu.

W weekendy śmiało można wyskoczyć do centrum na imprezę – jest w czym wybierać, bo są lokale tematyczne od klubów „latino”, po imprezy techno, na koncertach jazzowych kończąc. Każdy znajdzie tu coś dla siebie mimo, że tak na serio nie dzieje się nic kuriozalnego (czy ktoś z Was był na degustacji kiszonych ogórków w czekoladzie, która odbyła się w Warszawie gdzieś w październiku? Bo ja byłem, a w Sydney nie mogę tego znaleźć). Z ciekawszych miejsc, jest nawet pub dla graczy – gdzie można pograć w jakieś MMO, CS:GO lub inny tytuł i napić się przy tym piwka czy pogadać z ludźmi. Taka nerdownia trochę.

Ja w weekendy preferuję wyjazdy poza miasto i wycieczki po parkach czy górach, natura jest tu mimo wszystko niesamowita. Czasem odnoszę wrażenie, że już wszystko widziałem i każda trasa w pewnym momencie wydaj mi się taka sama, ale chwilę później góry wyprowadzają mnie z błędu.

Nic też nie stoi na przeszkodzie, żeby wybrać się na domówkę. Jeśli oglądaliście filmy z amerykańską młodzieżą, która to urządza dzikie imprezy w jakieś chacie – to są oni cieniasami w porównaniu do niektórych domówek jakie urządzają niektóre ekipy tu w Sydney. Sam byłem współwinny jednej bardzo dużej imprezy 😉

 

Dream, a Little dream

Niestety, przychodzi ten moment kiedy trzeba iść spać. Tu proces wygląda identycznie jak wszędzie na świecie. Do snu odpalam tylko YT lub jakąś gierkę i za chwilę mnie nie ma. Problem jest taki, że czasem zdarza mi się spaść z łózka prosto na sufit… Przecież Australia jest do góry nogami 😉

 

Podsumowanie

Ten tekst jest dla mnie w jakiś sposób trudny, bo nie mam pojęcia czego możecie oczekiwać po „Życiu codziennym w Sydney”. Nikt tu nie walczy z krokodylem w drodze do pracy w jaskini, ja rano nie bije się z pająkami o dostęp do łazienki. Wszystko jest tu na swoim miejscu. To co najbardziej bije po oczach kiedy rozpocznie się pracę czy integracje z miejscowymi to chillout jaki od nich bije. Przeciętny dzień jest dniem luźnym, powolnym i bezstresowym – tak mógłbym podsumować to czego doświadczam tu każdego dnia. Wszystko jest kwestią tego jacy jesteśmy i jaki mamy plan na siebie. Sydney daje możliwość realizowania go konsekwentnie krok po kroku. Jeśli plan jest realny i nastawiony nie tylko na generowanie pieniędzy to przeciętny dzień zostanie zapamiętany jako jeden z tych dobrych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *