Vademecum robola – czyli, jak wstąpić
w szeregi elity 😉

 

Kim jest pracownik w Sydney?

To dość istotne pytanie z punktu widzenia przyszłego emigranta, bądź kogoś kto chciałby zobaczyć jak bardzo Australia różni się w tej kwestii w stosunku do Polski. Punktem wyjścia do zobrazowania całej sytuacji niech będzie fakt, że w Sydney panuje rynek pracownika. Mam tu na myśli głównie branżę budowlaną, bo w biurach bywa różnie. Nie jest to jednak utopijna dyktatura, gdzie pracownik robi co chce a pracodawca mu na kolanach przynosi wypłatę. Szacunek między obiema stronami jest wzajemny co da się szybko zauważyć.

Kiedy pracodawca przestaje wypłacać pieniądze na czas lub zalega ludziom spore sumy, opinia na jego temat jest na tyle rozpowszechniana wśród pracowników, że ciężko mu później znaleźć ludzi chętnych do pracy. Po drugiej stronie zaś jest pracownik, który za słabą jakoś pracy, regularne chlanie i spóźnianie się narobi sobie kiepskiej opinii przez co trudniej będzie mu znaleźć zatrudnienie. Działa to oczywiście w dwie strony – dobra jakość firmy/wykonywanej pracy jest powodem do łatwiejszego znajdywania dobrych fachowców lub pięcia się po szczeblach kariery.

White Card

Podsumowując, pracownik budowlany w Sydney jest dobrze opłacany oraz szanowany pod warunkiem, że wykonuje swoją pracę dobrze i uczciwie. Znam oczywiście przypadki, gdzie fani zaszywania się z flaszką znajdują regularne zatrudnienie, bądź dwie lewe ręce dostają normalną wypłatę. Spowodowane jest to faktem, że w Sydney brakuje ludzi… jakichkolwiek, żeby tylko czegoś się nauczyć i pracować.

Zajrzyjmy na chwilę do biura, dosłownie na sekundę ponieważ w tym temacie nie orientuję się za dobrze. To co najbardziej rzuca się w oczy to zarobki. Na przeciętnym stanowisku są o wiele niższe niż te na budowie, które otrzymamy na start. Druga istotna kwestia to zdecydowanie mniejsze poszanowanie pracownika. Akurat ja spotkałem się ze świetnymi ludźmi, którzy doceniali moją pracę. Poznałem też historię ludzi którzy spotkali się ze zbędnym krytykowaniem ich, mobbingiem czy nawet rasizmem albo udowadnianiem, że kwalifikacje i doświadczenie nabyte w Polsce jest nic nie warte w porównaniu do tego, które można zdobyć w Australii (pozostawię to bez komentarza).

To co na pewno wyróżnia Sydney spośród innych miast jakie miałem okazję zobaczyć to fakt, że wygląda jak jeden wielki plac budowy. Niemal na każdej ulicy coś się buduje a przynajmniej remontuje. To sprawia, że rano wchodząc do pociągu, około 70% ludzi tam będzie jechało na budowę w charakterystycznych pomarańczowych lub żółtych koszulkach. Pozostałe 30% wraca z imprezy albo jedzie na budowę i tam się przebiera. 😉 Tak więc, widok ubabranego w farbie lub cemencie typa w komunikacji miejskiej jest normalny i nikogo nie dziwi.

Odpowiadając na pytanie „kim jest pracownik w Sydney?”, mogę śmiało stwierdzić że szanowanym człowiekiem, który nie boi się ciężkiej pracy ale za to ma profit w postaci fajnych zarobków 🙂

 

Praca na budowie – podstawy

Wyobraźmy sobie, że lądujesz w Sydney i chcesz zacząć pracować. Dajesz ogłoszenie na grupie na Facebooku lub szukasz na własną rękę dobrze płatnej pracy. Oto jak to wygląda w praktyce.

Dokumenty to jest coś, co musimy załatwić zanim zaczniemy pracę. W przypadku wizy studenckiej (pewnie w przypadku każdej innej z możliwością pracy też), załatwiamy numer ABN oraz TFN (Tax File Number). Ten pierwszy uprawnia nas do wystawiania faktur, a ten drugi do rozliczenia podatku. Najczęstsza forma zatrudnienia na budowie to właśnie ABN, czyli własna działalność gospodarcza. Pracodawcę zwalnia to niemal z każdej opłaty jaką ponosiłby w momencie zatrudnienia kogoś na umowę o pracę. Pracownik za to ma wolną rękę i może (a w zasadzie powinien) brać kontrakty od innych firm.

W trakcie załatwiania powyższych trzeba jeszcze wyrobić White Card, czyli przeszkolenie do pracy na budowie. Każdy to musi mieć niezależnie czy będzie robił hydraulikę czy malował ściany. W przypadku niektórych zawodów firma do której aplikujemy może wymagać od nas więcej papierów. Oczywiście jak zaczynamy pracę w kompanii malarskiej nie potrzebujemy nic poza w/w, a z czasem (jeśli firma jest duża lub zależy jej na pracownikach) wyśle nas na dodatkowe szkolenia na przykład z jazdy „boom liftem” czy pracy na wysokościach. W momencie gdy sami świadomie aplikujemy do firmy która zajmuje się np. myciem okien na wysokościach i nie posiadamy odpowiednich uprawnień, no to może być słabo z pozytywnym rozpatrzeniem CV 😉

Wróćmy jeszcze na chwilę do ABN i Tax File Number, ponieważ zaraz będą pytania „jak to założyć?”, „mi nie działa”, etc… Otóż, we wpisie o wizach pisałem o agencjach imigracyjnych – i to jest jeden z powodów dla których warto przez takową wyjechać do Australii. Dobra agencja wyśle za nas wniosek o Tax File Number i ABN. Nawet pomoże w zapisaniu się na kurs z White Card. Samemu też można to wykonać, ale nie mam pojęcia jak to się robi i czy jest to trudne.

Załóżmy, że mamy już za sobą całą procedurę, numerki założone, white card gotowy, pracę zaczynamy od przyszłego poniedziałku. Teraz czas udać się do sklepu. Najbardziej znaną mekką dla budowlańców jest Bunnings Warehouse – czyli takie Australijskie Obi. To sklep gdzie znajdziemy praktycznie wszystko potrzebne do remontu domu. Niezależnie od pracy jaką będziemy wykonywać, w naszym ekwipunku powinny znaleźć się: buty z kapslami (taki utwardzany czubek) czyli tzw. safety shoes, kamizelka odblaskowa oraz kask (najlepiej biały, bo czasem się czepiają o kolor).

Sydney kojarzy mi się z Mirror’s Edge – za mało miejsce, żeby napisać dlaczego 😉

To co jest nie obowiązkowe ale warto mieć przy sobie to: okulary ochronne, rękawice, nauszniki (do tłumienia hałasu) lub zatyczki do uszu, maski przeciw kurzowe, gumowe podkładki na kolana. Nie muszę chyba wspominać, że aby wyglądać dobrze w pracy (czasem jest to nawet wymagane) należy posiadać specjalne ubranie robocze. Spodnie i koszulki można nabyć w w/w sklepie, specjalnych sklepach dla pracowników budowlanych lub np. BigW – który jest sklepem oferującym elektronikę, odzież i słodycze. W BigW kupimy też safety shoes za bardzo dobrą cenę, a przy tym świetne jakościowo.

Z dodatkowych rzeczy warto zaopatrzyć się w krem przeciwsłoneczny, okulary przeciwsłoneczne, Esky (taka torba lub pudełko na lunch lub wodę) i dobry cover na telefon.

Całość ekwipunku zależy od tego jaką pracę wykonujemy, bo oprócz spodni trzeba też mieć narzędzia do pracy. Nikt nie będzie wymagała zakupu zestawu wkrętarek czy pędzli za 300AUD już pierwszego dnia, ale z czasem trzeba liczyć się z faktem zainwestowania trochę w takie zabawki. Oczywiście w idealnym świecie to firma powinna zapewniać taki sprzęt i czasem tak się dzieje. Z drugiej strony, kupienie go za własne pieniądze daje nam pewną wolność w użytkowaniu takowym i możemy wykonywać „własne” kontrakty bez wyrzutów sumienia, że zużywamy właśnie sprzęt firmowy.

Tak jak wspomniałem, część firm może zakupić nam potrzebny podstawowy sprzęt do pracy, większość jednak kupuje pracownikom koszulki lub całe komplety ubrań z logo firmy.

 

Sposoby zarabiania

Mając numer ABN, mamy możliwość wystawiania faktury. To daje nam pełną wolność na rynku pracy, ponieważ sami możemy zbierać własne kontrakty lub zagnieździć się w jakiejś firmie która nam zapewni robotę. W przypadku pracowania dla jednej firmy, zarobki będą zwykle na stałym poziomie i nie będzie trzeba się martwić o kontrakty. Jeśli zdecydujemy się na zarabianie na własną rękę to jest duża szansa na złoty strzał – czyli zarobienie dobrej kasy w jeden dzień. Jest też szansa na pracę za grosze jeśli źle wycenimy robotę (co zdarza się początkującym).

Czasem można natknąć się na ciekawe rysunki…

Kontrakty są fajną opcją jeśli planujemy w przyszłości otworzyć swoją własną firmę. Szczególnie jeśli uda nam się nawiązać znajomość z jakimś majstrem (builder), który będzie nam zlecał np. malowanie całych domów. Sposobów zarabiania na budowie jest mnóstwo – nie ma przymusu zakładania firmy i rozwijania jej. Wykonując kontrakty samemu też można zarobić niesamowite pieniądze, zwykle spędza się więcej czasu na początku takiej działalności, ale po zdobyciu renomy i referencji oraz dobrze wykonanej pracy, polecenia od klientów same napędzą nam nowych.

 

 

Jak tu się pracuje?

W Polsce kiedy chcemy wyremontować dom czy mieszkanie, dzwonimy do Mietka fachowca. Ten zbiera swoją ekipę i przyjeżdżają rano jednym vanem do którego jakimś cudem upchali wszystkie materiały, betoniarkę i pudełka z lunchem. Chłopaki będą robić wylewki, położą płytki i pomalują wszystko od a do z, zostawiając chatę gotową do wstawienia mebli. W Sydney sprawa wygląda zupełnie inaczej. Jeśli potrzebujemy wykonać mały remont typu przemalowanie pokoju, to najłatwiej jest zadzwonić do firmy malarskiej i poprosić o wycenę. Następnie ekipa wpada do domku i maluje ściany nieznacznie je tam poprawiając (np. łatając pęknięcia czy wypełniając malutkie ubytki w ścianie). Malarze nie tykają się pracy, którą normalnie wykonuje ktoś inny. Na przykład malowanie ścian to jest już inna dziedzina niż malowanie podkładu nie przepuszczającego wody w łazience.

Załóżmy teraz, że chcemy wykonać duży remont całego domu. Zostają gołe ściany, zrywamy podłogi, płytki i niektóre sufity. W tym przypadku najłatwiej zadzwonić do buildera (taki odpowiednik majstra na budowie). Builder jednak to nie byle kto, bo jest to koleś z licencją na wykonywanie remontów lub stawianie domów. Jest on odpowiedzialny za dobranie odpowiedniej ekipy, koordynowanie pracy na budowie, zamawianie materiału i pilnowanie jakości oraz bezpieczeństwa na terenie. Żeby zostać kimś takim, wystarczy zrobić odpowiednią licencję.

Majster po ocenie i potwierdzeniu przez klienta co dokładnie ma zostać zrobione w domu, dobiera ekipy: specjaliści od płyt gipsowych – którzy zrobią od nowa sufit lub ścianki, elektrycy, hydraulicy, malarze, stolarze – odpowiedzialni za wstawienie futryn i drzwi, joinerzy (goście od budowania mebli na wymiar), specjaliści od podłóg – w zależności od rodzaju podłogi wpadają goście albo od wykładziny albo od podłóg drewnianych, płytkarze, tynkarze i ogrodnicy. Na końcu zwykle zostają właśnie malarze i sprzątacze, którzy usuwają cały syf pozostały po całej reszcie. Malarze zostają dlatego, że do malowania potrzebny jest niemal idealny porządek.

Tak więc, sporo ludzi przewija się przez taką budowę. Dosyć często można spotkać wyjątki i na przykład płytkarz może robić też wylewki pod wykładzinę. Pewnie zastanawia was dlaczego jeszcze nikt z Polski nie wpadł na to, żeby otworzyć firmę ogólnobudowlaną i trzaskać wszystko naraz? Bo to nie ma większego sensu, ponieważ w Sydney jest tyle pracy przy jednej specjalizacji, że praca przy wszystkim naraz zwiększa tylko koszta potrzebne na sprzęt czy opłacenie bardziej wykwalifikowanych ludzi. W ostateczności wyjdzie się na tym podobnie, a stresu i odpowiedzialności jest zdecydowanie więcej.

…albo napisy 🙂

W Polsce większość ludzi przyzwyczajona jest do pracy w systemie 8 godzin przez 5 dni w tygodniu. Tu jest inaczej. Większość firm budowlanych pracuje od poniedziałku do soboty, z tym że sobota jest zwykle dniem bardziej luźnym. Z godzinami pracy jest też różnie, można robić jednego dnia 5 godzin, a innego godzin 10. Najważniejszy jest fakt, że każda godzina jest płatna i nie ma czegoś takiego jak darmowe nadgodziny. Większe firmy budowlane płaca nawet większe stawki za pracę w soboty czy niedziele albo powyżej 8 godzin dziennie.

Oczywiście to co napisałem wyżej nie jest regułą, a raczej najczęściej dogadywaną z szefem formą pracy. Pracując na ABN sami możemy decydować czy będziemy siedzieć danego dnia w pracy godzinę czy osiem. Znam ludzi, którzy w jednej z firm pracują od poniedziałku do piątku po maksymalnie 8 godzin dziennie (chyba że serio coś się sypie to zostają dłużej), ale w tej samej firmie są ludzie którzy pracują od poniedziałku do soboty i jest to dla wszystkich w porządku.

W moim przypadku, obliczyłem sobie stawkę jaką chciałbym osiągać tygodniowo i przeliczyłem na ilość godzin. Jeśli wypracuję daną sumę szybciej to włączam sobie luz na resztę tygodnia. Chodzę dalej do pracy robiąc nadwyżkę budżetu albo siedzę w domu lub jadę do buszu. System godzinowy pozwala fajnie zarządzać kasą i czasem, tym bardziej jak zarabiamy coraz więcej.

A jak dostać podwyżkę? Zacznijmy może kwestię stawki jaka panuje na budowie. Nie mam pojęcia ile teraz się dostaje na start z racji tego, że każda firma inaczej płaci. Wydaje mi się, że 25AUD na godzinę to jest dobra kwota wyjściowa, żeby nauczyć się czegoś i iść po podwyżkę lub gdzieś dalej. O podwyżkę nie jest jakoś bardzo trudno. Pracodawcy chcą zachować pracownika u siebie, więc sami z siebie często proponują wyższą kasę jeśli widać staranie się i jakość. Zdarza się zasiedzieć w firmie krzak, która może i nie traktuje źle pracowników ale prosperuje średnio, o podwyżkę ciężko… więc wtedy zmienia się firmę na inną. Podając stawkę jaką mieliśmy poprzednio zwykle przyszły szef zaproponuje nam przynajmniej te 2AUD na godzinę więcej.

Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby łączyć prace malarza i grafika

Mniej więcej tym sposobem w ciągu pół roku podbiłem sobie stawkę o 10AUD 😉 Najważniejsze w tym całym procederze to pozbycie się strachu przed zmianą pracy. Jest to naturalny proces w tej branży i nikt nikomu nie ma nigdy za złe takiego ruchu (chyba że wywinie się jakiś głupi numer lub pracodawca ma coś z głową). Pracodawcy też inaczej podchodzą do ludzi i nie próbują ich wyzyskiwać lub oszukiwać bo jest to działanie na krótką metę. Każdy przejaw januszerstwa jest piętnowany i mocno odbija się na wizerunku firmy jak i na jej opinii – a o tym drugim czasem sam właściciel może do końca nie wiedzieć.

 

Drążąc dalej temat relacji pracownik-szef natknąłem się na ciekawe opinie rodaków. Pisza oni, aby zaraz po przylocie do Sydney szukać pracy wśród Australijczyków a omijać Polaków z daleka. Nie do końca się z tym zgadzam, ale też nie mogę zanegować. Polacy, a w szczególności ci którzy przybyli do krainy kangurów około dwie dekady temu lub wcześniej, zabrali ze sobą cały bagaż januszerstwa co skutecznie serwują pracownikom, żyjąc mentalnie jeszcze w latach 90-tych. Ci natomiast zlewają to ciepłym moczem lub jeśli jest to coś grubszego to odchodzą z takiej firmy, a biedny janusz nie wie dlaczego. Z drugiej strony nie każdy z naszych rodaków taki jest i zrobiłbym im krzywdę pisząc same złe słowa. Jest wielu pomocnych szefów, którzy urodzili się tutaj ale nadal mówią po Polsku – wśród tych przyjezdnych też zdarzają się wyjątki 🙂 Jednak nikt tak szybko i sprawnie nie zmieni naszej mentalności niż rodowity Australijczyk.

 

Jak pracują Australijczycy?

Tak jak w każdym kraju, po skończeniu szkoły średniej można iść na studia lub podjąć się pracy. Część decyduje się na pracę – z różnych powodów, nie tylko kiepskich wyników w szkole. Inni idą na studia co otwiera im drzwi na stanowiska biurowe, ale także budowlane. Bo nie wiem czy wiecie, ale w Australii można skończyć coś w rodzaju studiów ukierunkowanych na konkretny zawód np. malarza. Trwa to dwa lata i jest zakończone egzaminem, który uprawnia do wykonywania zawodu – coś jak Polska zawodówka, ale na uczelni 🙂

Nie ważne, skupmy się na tym co jest dalej. Australijczycy są bardzo leniwi, to powoduje ogromne braki w kadrze budowlanej lub rolniczej. Wielu z nich boi się ciężkiej pracy mimo dobrych zarobków od samego początku. Jeśli już, któryś Aussie zapuści korzenie w pracy budowlanej będzie i tak pracował wolno, robił sobie przerwy na kawę czy papierosa co chwilę i kończył robotę o 14:00 zaraz po obiedzie. Praca w firmie Australijskiej = przyjęcie ich trybu roboty, co mi osobiście przeszkadza, bo wolę coś robić niż siedzieć pół dnia na dupie i pić kawę.

Nie zawsze jest to czyste i wygodne zajęcie

Przeciętny dzień w pracy to przyjazd na 7:00 na budowę, rozmowa i ewentualnie pierwsza kawa tak do 7:30. Później przerwa o 9:00 na kawę i ciastko, to trwa od 15 minut nawet do godziny jak się rozmowa klei 😉 Kolejna przerwa jest o 11:00 lub o 12:00 i trwa od 30 minut do godziny. Zwykle pracę kończy się koło 14:00 lub w porywach do 15:00. Tak więc nie da się zmęczyć. W Polskich firmach jest podobnie z tym że szef jak ma zły humor może się zdenerwować o siedzenie na dupie. Czasem odpada kawa poranna czy ta o 9:00, ale też często nikomu nie chce się pić kolejnej i wydawać bez sensu kasy. Lunch czy też obiad jest rzeczą świętą i chociażby się walił budynek to każdy idzie go jeść.

Aussie też nie przywiązują zbyt dużej wagi do pracy jako czegoś co jest już do końca życia. Dla nich siedzenie 50 lat za jednym biurkiem w urzędzie to jest jakaś abstrakcja. Dobrym przykładem niech będzie pewien Australijski stolarz (zapomniałem imienia, chyba Tonny). Rozmawiałem z nim kiedyś na temat pracy, ile czasu już działa w swoim zawodzie. Odpowiedział mi, że pół roku co trochę mnie zdziwiło zwłaszcza, że chłop miał około 50 lat. Zapytałem go czym zajmował się wcześniej i dlaczego zmienił pracę. Spodziewałem się, że będzie to budowlanka, ale okazało się że pracował jako ratownik na jednej z plaż niedaleko domu i mu się ta praca po prostu znudziła – a że majsterkował coś sobie w garażu po godzinach to postanowił znaleźć pracę jako stolarz. I tak się właśnie tu znalazł, docinając listwy do ram na drzwi.

Z pracy biurowej wyciągnąłem jeden ciekawy „rytuał” końca tygodnia. W piątek pracę kończy się wcześniej np. o 13:00, do biura wpada zakupiona przez firmę skrzynka piwa. Czasem z całym zestawem do grillowania i przy piwku i grillu spędza się piątkowe popołudnie. Pierwszy raz też spotkałem się z tym, żeby pół biura w tym szef naciskali na mnie, żebym zostawił to co mam do zrobienia i poszedł na piwo, bo robota może poczekać do poniedziałku.

 

Praca dla kobiet

Płeć piękna nie ma co narzekać na brak pracy w Sydney. Często pada pytanie: co mogą tam robić kobiety? Generalnie to wszystko. Nie ma ograniczeń co do pracy kobiet na budowach – sam z widzenia znam kilka które malują. Zwykle jednak kobiety szukają zawodów w innych branżach np. gastronomii i zostają baristkami parząc świetne kawy z czego Sydney słynie. Niektóre decydują się na karierę w kuchni zaczynając od zmywaka albo – jeśli mają doświadczenie – od pomocy kuchennej czy też jakiś innych nieznanych mi tam stanowisk.

Plusem tej pracy jest możliwość wejścia tam, gdzie przeciętny człowiek nie zagląda często.

Wracając do parzenia kawy, jest to zawód który cieszy się dużą popularnością nie tylko wśród kobiet. Jest to też jeden z zawodów gdzie pracownicy są bardzo zadowoleni z tego co robią, więc jeśli któraś dziewczyna lubi przebywać z ludźmi i prowadzić z nimi jakiś small-talk to jest to idealne miejsce do pracy. Oczywiście do parzenia kawy nie jest się oddelegowanym samemu, zwykle widzę od 2 do nawet 4 osób, które przygotowują napoje dla klientów.

Innym dość specyficznym zawodem obleganym przez kobiety i Australijskich dziadków jest Traffic control – czyli sterowanie ruchem na budowie lub poza nią jeśli fragment ulicy jest zamknięty. Do tego zawodu trzeba mieć na pewno White Card o którym pisałem wyżej i sprzęt typu kaski i kamizelki oraz – co jest najważniejsze – telefon z wytrzymałą baterią. Telefon jest potrzebny, ponieważ taka osoba cały dzień stoi ze znakiem „Stop/Slow” i przekręca go tylko z jednej strony na drugą w zależności czy puszcza ruch czy go zatrzymuje. Niemal wszystkie dziewczyny z TC jakie widzę, mają w rekach telefon i coś tam sobie w nim robią słuchając tylko komend z krótkofalówki. Czasem zdarza się większy ruch lub coś bardziej skomplikowanego. Wymaga to dużej uwagi, ale zwykle stoją gdzieś na małej uliczce i wychodzą jak nadjedzie jakiś zabłąkany samochód.

Kolejnym zawodem który może wykonywać kobieta i jest ich tam przewaga to opiekunka do dziecka. Na początku może to być praca dorywcza, ale są agencje zrzeszające pracowników i zapewniające im ciągłość pracy. Do tego na pewno będą potrzebne dodatkowe papiery jak np. zaświadczenie o niekaralności wyciągnięte z rejestru policji w Australii (koszt chyba 90AUD).

Dużo kobiet pracuje też na recepcjach, przy sprzątaniu czy w biurach wykonując jakieś proste zadania (piszę tu o początku kariery).

Podsumowując: kobiety mogą pracować praktycznie tak samo jak faceci. Część zawodów jest bardziej oblegana przez mężczyzn, ale część przez kobiety co moim zdaniem tworzy równe szanse na znalezienie zatrudnienia niezależnie od płci.

 

Nacja a zawód
Nawet byłem w Australijskiej siedzibie Bethesdy, tuż przed premierą F4 😉

W Sydney można w pewnym momencie zauważyć jedną ciekawą rzecz – każda nacja ma swoje zawody w których pracuje najwięcej jej obywateli. Na stacjach benzynowych, w taksówkach, w sklepach 7-11 i w dostawie jedzenia najczęściej spotkamy Hindusów i Pakistańczyków. W kebabach i lokalach z kurczakami będą Arabowie. Tak samo jak i w tanich salonach fryzjerskich czy rzeźniach (ale tylko tych halal). Arabów też spotkamy w warsztatach samochodowych – ale to nie jest raczej reguła. Azjaci zwykle siedzą w sklepach z elektroniką (tych sieciowych i tanich) oraz na Paddy’s market czyli takim centrum handlowym, które mógłbym porównać do stadionu 10-lecia tylko że nie kupimy tu AK-47. Japończycy prowadzą lokale z sushi, Chińczycy każdy inny. Filipińczycy najczęściej sprzątają biura, Tajlandczycy prowadzą salony masażu (te z happy-endem też).

Rosjanie są konkurencją dla Polaków w malowaniu, jednak ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Ukraińcy pracują jako stolarze lub monterzy płyt gipsowych, Włosi za to bardzo lubią płytki i powłoki wodoodporne. Maorysi i inni wyspiarze zwykle stoją na bramkach w barach, pracują przy rozbiórkach lub przy budowie rusztowań. Chińczycy – jeśli nie prowadzą lokalu z żarciem – inwestują w nieruchomości lub jeśli mają mniej pieniędzy pracują przy płytach gipsowych, jednak są takim tanim zamiennikiem bo ich jakość pracy to często dramat. Niemcy i Irlandczycy lubią dachy. Australijczycy pracują praktycznie wszędzie, ale mi najbardziej kojarzą się z zawodem farmera – jest ich tu dużo lub kierowcy TIR-a.

Oczywiście nie jest to reguła, w każdym zawodzie znajdziemy ludzi z różnych zakątków świata. Z moich obserwacji wynika, że w w/w pewnych narodowości jest jakby więcej niż pozostałych.

 

Na koniec

Rynek pracy w Sydney ma się dobrze, w przeciwieństwie do innych miast w Australii – gdzie też znajdziemy pracę ale będzie trudniej. Najważniejsze jednak jest znalezienie takiego zawodu, z którego będziemy zadowoleni, a szukanie właściwego miejsca dla siebie to podstawa w tym mieście. Nic tak bardzo nie ogranicza człowieka jak przywiązanie do jednego miejsca i szukanie miliona wymówek na temat zmiany pracy czy otoczenia. Jeśli tego nie uda się pojąć przed przyjazdem tutaj, to jest ryzyko że będzie ciężko (mentalnie, a nie zarobkowo).

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *