Trzy lata temu rzuciłem pracę w biurze
i pojechałem pracować do Australii
na budowie.

 

Początki
Pomysł na wyjazd do Australii częściowo zaczerpnąłem z wykopu po licznych AMA ludzi, którzy tu już są, a częściowo z historii opowiadanych na łamach blogów czy innych miejsc. W momencie kiedy podjąłem decyzję o wyjeździe, mój brat siedział tu już ponad rok czasu i bardzo sobie chwalił to miejsce zarówno pod względem pracy, życia jak i ogólnego klimatu. Ja w tym czasie siedziałem w Polsce i pracowałem jako grafik. Prowadziłem przeciętny tryb życia (tzn. od 9 do 17), po godzinach dorabiałem zleceniami dla moich klientów. Cóż… sytuacja przestawała mi odpowiadać coraz bardziej, jestem człowiekiem który nie może siedzieć w miejscu i coś musi się dziać w moim życiu, a rutyna w biurze była całkowitym zaprzeczeniem tego jak chcę żyć.

Kiedy dostałem pracę w jednej z większych korporacji w Polsce byłem rozerwany. Wiedziałem, że zawsze chciałem pracować wśród najlepszych i rozwijać się w tej właśnie firmie. Z drugiej strony czekała na mnie przygoda na drugim końcu świata. Jak się domyślacie, długo tam nie popracowałem. Odszedłem po około 4 miesiącach na 3 tygodnie przed wylotem do Sydney. Najpierw była niepewność czy aby na pewno dobrze robię, w momencie kiedy zrezygnowałem, straciłem możliwość zarabiania sporej kasy przy normalnym trybie pracy, z fajnymi ludźmi i mega projektami. Po drugiej stronie Ziemi, czekało na mnie w zasadzie nic oprócz brata i ewentualnej pomocy w znalezieniu pracy. Wsiadłem w samolot mniej więcej 3 lata temu.

 

Pierwsza podróż
Pierwszy raz leciałem samolotem rejsowym i to w tak odległe miejsce. Nie będę się tu rozpisywał, ale w samolocie zauważyłem, że mój Angielski jest jakiś taki dziwny i mam braki, a latanie dużymi samolotami to nuda i flaki z olejem. Zdążyłem się znudzić już kilka minut po starcie (wcześniej latałem mniejszymi maszynami). Miałem jedno międzylądowanie w Dubaju i lotnisko zrobiło na mnie ogromne wrażenie, postanowiłem tu wrócić na kilka dni za jakiś czas (ponad rok później, lecąc na pierwsze wakacje do Polski udało mi się zostać w Dubaju na dwa dni).

 

Perth -> Sydney
Kolejne lądowanie miałem w Perth, czyli mieście na zachodniej części Australii. Akurat tam miałem możliwość pierwszy raz zobaczyć Australię na żywo. Gdybym miał opisać pierwsze wrażenie to przychodzi mi na myśl: Arizona jak z filmów. Miasteczko wygląda na bardzo małe, a to dlatego, że nie ma tam wysokich budynków. Z portu międzynarodowego jedzie się autobusem do portu lokalnego z którego miałem lot do Sydney za kilka godzin. Zdążyłem wziąć prysznic na lotnisku, pokręcić się trochę i o dziwo pogadać po angielsku z kobietą, która też przyleciała z Europy. Pamiętam, że była to pierwsza osoba z którą prowadziłem dłuższą rozmowę w obcym języku i zdziwiło mnie to, że mówi tak czysto i płynnie, niemal radiowo… później wyszło na jaw, że jest Brytyjką z pochodzenia i stąd jej akcent i czysta mowa, a już myślałem, że Australijczycy mówią tak doskonale…

 

Typowa miejska plaża w Sydney
Typowa miejska plaża w Sydney

Pierwsze dni w Sydney
Wylądowałem w mieście jakoś w południe, miałem problem z przestawieniem się na czas Australijski jeszcze przez dobre 3 tygodnie. Po przyjeździe do domku w którym mnie zakwaterowali, poszedłem od razu spać. Usypiałem w akompaniamencie dziwnych dźwięków, które normalnie kojarzą się ze środkiem dżungli a nie centrum miasta (w Sydney żyje mnóstwo ptaków, które wydają z siebie różne dziwne dźwięki). Kiedy wstałem, był wieczór. Zszedłem na dół by przywitać się ze współlokatorami. Była to grupka francuzów i jeden Włoch. Generalnie bardzo pozytywna ekipa.

Dom w którym mieszkaliśmy to typowa zabudowa Brytyjska, tzn. bardzo wąskie domki z małym ogródkiem na tyłach i wejściem do domu prawie na chodniku. Sam domek był prawie, że w centrum miasta (dzielnica Ultimo), tak więc przez pierwszy tydzień robiłem kilometry po Sydney zwiedzając co się da. Wracając do domku… nie był on w dobrym stanie, za to kosztował bardzo dużo jak na takie warunki. Cena za tydzień to 180AUD, przy czym miałem bardzo mały pokój dzielony z jednym z Francuzów. Kuchnia była, ale zapadła się pod ziemię (dosłownie), a wchodząc do ogródka miałem wrażenie, że idę do buszu. Na szczęście po miesiącu od przylotu zmieniłem mieszkanie i tu zaczęła się prawdziwa przygoda.

 

Kensington street
Mając 25 lat, nie myślałem że kiedyś jeszcze będę mógł przeżyć imprezy jak za czasów liceum czy studiów. Nic bardziej mylnego, bo mieszkanie na Kensington było czymś w rodzaju miejsca idealnego – trochę takie Back to the Future połączone z The Skins ;). Czynniki jakie na to się składały to:
a) świetnie urządzone, duże i nowe budownictwo (dobrze wyposażone, nowoczesne mieszkanie za mniejszą cenę niż poprzednio).
b) blisko do stacji kolejowej (nie miałem wtedy jeszcze samochodu, więc to był bardzo ważny czynnik przy wyborze miejsca do mieszkania)
c) najważniejsze, czyli świetna ekipa w składzie: ja, dwóch kolegów z Polski, dwie Japonki, jeden Czech i jeszcze jedna osoba która zmieniała się co jakiś czas (Brazylijczyk, Japończyk 1, Czech, Japończyk 2, etc.)

Momentami było jak w sitcomie, mieliśmy niesamowity flow jeśli chodzi o imprezy, wyjazdy czy organizacje czegoś. Tak świetnie nie bawiłem się jeszcze nigdy. To właśnie tu zorganizowaliśmy dwie największe imprezy, gdzie na każdej z nich przewinęło się przez nasze mieszkanie może ze sto osób (w punkcie kulminacyjnym było 40 osób na raz w chacie, a dużo przychodziło i wychodziło w międzyczasie). To tutaj wszystko skończyło się z dnia na dzień, kiedy to Japończyk 2, został sam w domu i zostawił jedzenie na gazie, poszedł wyrzucić śmieci i zapomniał zabrać kluczy zatrzaskując wcześniej drzwi. Spanikowany zadzwonił po straż pożarną, która rozniosła zamek w drzwiach w pył uniemożliwiając nam zamknięcie drzwi na zamek. W tym samym dniu menadżer mieszkania oddelegował nas do innych wolnych lokum, tym samym kończąc istnienie nieformalnej grupy przyjaciół z Kensington street. Zabawne, jak duży chaos może wprowadzić garnek z ryżem nad którym tracimy kontrolę.

Widok na Harbour Bridge z Observatory Hill Park
Widok na Harbour Bridge z Observatory Hill Park

 

Praca
W międzyczasie złapałem pracę w tej samej firmie gdzie pracuje brat. Charakter pracy: budowa, wykończeniówka i w sumie restaurowanie zabytków w Sydney (to trochę absurdalne, kiedy zabytkiem jest budynek z lat 70-tych). Praca na początku ciężka, ale z czasem się wyrobiłem na tyle, że teraz sprawia mi przyjemność. Dzisiaj myślałem sobie, że przecież od kilku dni wyjeżdżam z domu o 5:40 rano, a wracam dopiero koło 18:00, ale mi to wcale nie przeszkadza.

Teraz pracuję już w innej firmie, ale miło wspominam niemal każdy dzień w tej branży. To co charakteryzuje ten zawód to fajni ludzie, których można tu poznać, ekipa skora do żarów i rozmów na różnym poziomie, możliwość wejścia do miejsc gdzie przeciętny człowiek nigdy nie zajrzy, zmiana miejsca pracy prawie co chwilę, darmowa gimnastyka i siłownia. Zostałem też uwolniony od ciągłej pracy kreatywnej, której w Polsce miałem już dość. Robienie projektów, aby zadowolić osobę trzecią nie jest dla mnie. Przynajmniej nie w tak masowych ilościach – udało mi się wyciągnąć mózg z maszynki do przerabiania moich pomysłów na czyjąś kasę 😉

 

Co po Kensington Street
Nie starczyłoby miejsca na serwerze, jakbym miał opisać każdą historię jaka mi się tu przydarzyła. W skrócie: zmieniłem miejsce zamieszkania jeszcze kilka razy, teraz wynajmuję single room z własną łazienką i schowkiem w jednej z fajniejszych dzielnic Sydney. Dużo podróżowałem po samej Australii, ale odwiedziłem też: Filipiny, Chiny, Rosję, Bośnię, Emiraty Arabskie, Tajlandię. Miałem jeden samochód, który sprzedałem i kupiłem w jego miejsce inną fajną furę. Mam tu fajnych znajomych, z którymi czasem wychodzę na piwo, a przede wszystkim spełniam się zarówno w pracy na budowie jak i jako grafik mając pełną swobodę w wyborze zleceń.

 

Podsumowanie
Jak po 3 latach oceniam swoją decyzję i jej skutki? Zdecydowanie była to dobra opcja.
Plusy i minus zmiany otoczenia i zawodu:

+ Mam więcej czasu dla swoich grafik i projektów, rozwijam się i próbuję nowych ścieżek związanych ze sztuką.
+ Praca fizyczna daje totalną wolność umysłowi, przez co łatwiej mi się uczyć czy przyswajać nową wiedzę z zakresu grafiki.
+ Przypakowałem trochę ( ͡º ͜ʖ͡º)
+ Czuje się bardziej zadowolony z życia i spełniony.
+ Mogę sam zarządzać swoim czasem, nie mam problemu z wolnym na np. wyjazd na wakacje.
+ zarobki porównywalne do tych z Polski na wysokich stanowiskach i możliwość szybkiego podbicia stawki.
+ możliwość podróżowania, a w Sydney i tak każdy znajdzie coś dla siebie (jest i Ocean, są i góry).

– Początki na budowie były ciężkie
– Trochę odbiło się to na moim zdrowiu, m.in. mam kilka małych blizn od poparzeń kwasem, miałem kilka drobnych wypadków, często zdarza się że sięgam do apteczki 😉
– Przez pierwszy rok, zanim uskładałem na komputer marzeń nie mogłem prawie nic zrobić jako grafik.
– Patologie – czasem na swojej drodze można spotkać Polaków, którzy zabłądzili chyba pod monopolowym i znaleźli się tu w Sydney. Na szczęście jest ich mało.
– Brudna robota, nie każdy to lubi i niby to jest minus. Szczerzę to wolę przyjść brudny po takiej robocie niż nerwowy z biura 😉
– koszty utrzymania – w Sydney jest trochę drogo, zwłaszcza w dziale nieruchomości.
– jedzenie – jest mniejszy wybór w sklepach niż w Polsce, czasem mam wrażenie że już wszystko jadłem.

To chyba wszystko, podsumowałem sobie 3 lata za granicą. Może komuś to pomoże rozwiać wątpliwości czy wyjechać czy nie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *